Łączna liczba wyświetleń

sobota, 23 grudnia 2017

czy na wszystko mamy wpływ?

w końcu prawie święta i trochę wiecej czasu. Dom w miarę ogarnięty, coś tam upieczone, ale niewiele, bo po Wigilii klasowej 1 kg wiecej, a co będzie dalej?
Kilka już razy zdarzyło mi się rozmawiać z osobami,które uważają, że wszystko, co mamy w życiu, zależy od naszych decyzji i wyborów. Czy tak jest? Nie wiem, porozważam na własnym przykładzie.
To, że byłam gruba, to chory dom.To, że schudłam, to 99% mojej ciężkiej pracy i 1% małych kopniaczków od osób z zewnątrz. To, że wyjechałam za granicę i tam pojawił się po raz pierwszy w życiu mężczyzna,który pomimo tego całego smalcu traktował mnie normalnie.Potem już ruszyło z górki. Nie samo, ale ćwiczenia, jedzenie, mózg się przestawił. To, że teraz ważę około 80 kg to efekt codziennego pilnowania się i wagi co rano - czyli znowu praca nad sobą. To, że mam prawo jazdy to znowu kolejny kopniak od koleżanki, która zmusiła do podjęcia kolejnej próby w życiu po tylu niepowodzeniach w tym temacie. To, że w końcu zdałam, w jakiś sposób przyczyniło się do posiadania dziecka teraz. To, że je mam to też dlatego, że ktoś tłumaczył, że nie zawsze trzeba mieć męża, by mieć dziecko. Po raz enty zaznaczę, że wtedy, ponad 5 lat temu, byłam w tak zły stanie psychicznym z powodu braku sensu życia, że było mi bliżej TAM niż tu i było mi na serio już wszystko jedno. Moje serce pękało widząc kobiety w ciąży....
Wiem, że powinnam się też wyprowadzić z domu. Czyli nasuwa się wniosek - znowu potrzebna jest jakaś osoba, która uzmysłowi mi, że muszę to zrobić. Nie myślcie też sobie, że w domu jest jakaś przemoc czy coś podobnego - jest to dom, gdzie teoretycznie wszystko jest w porządku, a tak naprawdę gnije od lat i zgnić nie może, bo tu każdy jest po to, by nie być samemu. Ale z drugiej strony jeśli całe życie rozwiązaniem wszystkich problemów było jedzenie, to czy od dwojga 70-cio latków można żądać, by coś na stare lata się zmieniło? Nie.
W tym tygodniu w pokoju miała miejsce rozmowa, że rodzice ucznia się rozwiedli, sprzedali dom, i koleżanka, która ma troje dzieci, dom, męża zastanawiała się, jak bardzo są nieodpowiedzialni, skoro nie potrafili się dogadać? Przecież mieli na to wpływ. Ja poczułam jakbym dostała obuchem w łeb - czy ja miałam wpływ na swoją samotność i na bycie teraz samotną matką? Czy ktoś wie, ile ja nocy nie przespałam, ile łez wylałam? Gby byłam w ciąży, nie wiem, czy były w tygodniu takie dni, gdy nie płakałam? Ale gdy już miałam dość zdrad i bycia bankomatem, powiedziałam dość - i się zaczeło kończyć...A potem była fala nienawiści do kogoś, kogo jednak kochałam. Ona zelżała, teraz jest tej nienawiści może z 10 procent. Czy było warto? Tak, dla tych słów 10 razy dziennie - MAMUSIU, JAK JA CIĘ BARDZO KOCHAM!

poniedziałek, 11 grudnia 2017

sto tysięcy

Mój blog został odwiedzony ponad sto tysięcy razy od początku jego istnienia, chociaż przyznaję, że bardzo go zaniedbałam, tym bardziej jest to dla mnie dziwne. Rzadko piszę - z wielu powodów. Zawsze byłam pracoholiczką, to prawda, teraz też dużo, a może nawet bardzo dużo pracuję. Praca w drugiej szkole jednak uświadomiła mi, że może być inaczej - lepiej. Inne relacje, inne podejście, a może tez za mało tam jestem? Ale tam przynajmniej nikt na mnie głosu od września nie podniósł i ja to robię tam na prawdę bardzo rzadko...ale to praca...
Głównym powodem mojej małej aktywności jest chyba zmiana mojego postrzegania świata. Ja już nie jestem w jego centrum - teraz to dziecko, ono jest moim centrum. Niunia moja - ciągle niunia - za 4 miesiące skończy 5 lat i to już mała dziewczynka. Fajnie z nią iść na zakupy, do restauracji. coś zobaczyć, już pomoże z niesieniem czegoś, a ponadto jest wulkanem energii, która nienawidzi nudy! Ona ciągle musi mieć zajęcie! Ciągle mówi, ciągle opowiada, ciągle chce nowych aktywności - w zeszłą niedzielę byłyśmy w kinie, chodzi na tańce, podobno ma talent - chyba po ojcu - do wszystkich muzycznych spraw, jest małą modnisią, czym czasami doprowadza mnie do szału, bo ubranie nie może być przypadkowe. Wchodzi w etap - mami:) nie całuj mnie, bo jestem już duża! - mój pediatra zawsze mi powtarzał, że tulić i całować ile się da, bo kiedyś nadejdzie taki dzień, że już nie będzie chciała! - jego słowa się spełniły. Po co żyłabym bez niej? Nie wiem.
W moim życiu dużo cierpienia wewnętrznego, ale to chwilowe, bo nie mogę się załamywać i użalać nad sobą, bo to i tak do niczego nie prowadzi. Czasami boli mnie serce, czasami nie mogę spać, ale to ze zmęczenia i zbyt wielu spraw na głowie. Dwa tygodnie moja koleżanka, z którą znam się ponad 15 lat, urodziła dziecko, które dzień po porodzie zmarło. Pogrzeb tego Aniołka był przerażającym doświadczeniem - jeden wielki płacz i rozpacz, a biała trumienka zostanie w pamięci do końca życia. A dla mnie był to jakby "raz obuchem w ł..." - bo docenić to, co mam. I doceniam.
Waga w granicach normy - ciągle około 80 kg, ale jem dużo słodkości, bo to mój nałóg, z którym nie chcę zerwać. Ciągle jakieś częstowanie w pracy, różne małe imprezki, które niestety nie są dla mnie dobre. Ale jedzenie to nie problem dla mnie, problem to słodycze - kiedyś może miało to ogromne znaczenie, teraz już nie. Pogodziłam się z obwisłym ciałem i tym, że to główny powód mojej samotności, powód w mojej głowie, bo jak jest naprawdę, nie wiem - nie szukam, nie próbuję, chociaż wiele koleżanek uświadamia, że Niunia rośnie i kiedyś musi mieć własne życie, i że zostanę sama. Wiem o tym, ale ja 35 lat byłam sama i wiem, jak to jest gdy nie masz nawet do kogo sms-a wysłać i nikt Ci go nie przysyła. A jednak łzy w oczach się zebrały....
Wczoraj rozmawiałam z moją krakowską koleżanką - podobno każdy jest kowalem swojego losu. Czy to prawda? Nie wiem. Czy ja swój ukułam? Czy tego chciałam? Dopięłam swego bo schudłam i mam dziecko ale za jaką cenę? kto się opłakał w życiu tyle co ja?

sobota, 8 lipca 2017

czasami tęsknię....

Czasami tęsknię za moim blogiem, ale ja już jestem inna... Kiedyś żyłam odchudzaniem i tylko ono było dla mnie najważniejsze, teraz tamte problemy wydają się być niczym przy problemach, których doświadczam teraz. Oczywiście dalej pilnuję swojej wagi - jeśli jestem w domu, ważę się co rano i w dalszym ciągu prowadzę zeszyt, w którym zapisuję wagę - ile ja już mam tych zeszytów? Kiedyś pisałam w nich jeszcze, co zjadłam każdego dnia, ale od bardzo dawna już tego nie robię.
Moim największą zmorą są lody i słodycze, reszty nie muszę jeść i raczej nie jem. Ktoś mądry kiedyś wytłumaczył mi to głodem miłości...Gdybym nie była sama, mój mózg karmiłby się czymś innym, ale jestem sama i karmi się czekoladą.

Miałam ogromną ochotę zrobić coś ze swoim obwisłym ciałem, nawet wzięłam skierowanie od mojej rodzinnej do Krakowa, ale jak zaczęłam myśleć nad możliwymi konsekwencjami i że moja córka mogłaby stracić matkę - wiem, to się zawsze może stać w innych okolicznościach też - zrezygnowałam. Tym bardziej, że moje nogi w żylakach i tak są nie do ruszenia, tylko brzuch i ręce. Kiedyś miałam nadzieję i ogromną ochotę na drugie dziecko, ale czas zweryfikował marzenia i już na 90 procent to marzenie pogrzebałam - w końcu mam 41 lat...Dzisiaj moja niunia powiedziała, że znalazła mi męża w sklepie i że zrobi mi ślub - taka ta moja niuńcia...
Co jeszcze napisać? źle mi samej, nie mam z kim porozmawiać, kandydaci nieliczni, którzy się pojawiają nie spełniają moich wymagań intelektualnych, poza tym odnoszę wrażenie, że robię wszystko, by nikogo do siebie nie dopuścić - boję się bólu, cierpienia, rozczarowania, upokorzenia - i dlatego nikogo też nie szukam. I tak kisnę w tym swoim odosobnieniu...

Taki mam teraz niestety nastrój - po co się wywnętrzać, jak i tak to nic nie da? Każdy ma swoje życie, swoje problemy - ja też...
Dziękuję, że mnie czytacie czasami...
P.S. Waga dzisiaj rano 80,00