Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 29 lipca 2014

już połowa wakacji

Wczoraj wieczorem miałam atak nerwicy i już chciałam to wyrzucić z siebie na bloga, ale jak zwykle teraz - prawie zawsze chodzę spać "z kurami", czyli około 22 - taka jestem już zmęczona całym dniem. Nunka sama chodzi, wszędzie jej pełno, na widok innych dzieci gotowa jest biec na przepadło - będzie towarzyska chyba...Wczoraj skończyła 15 miesięcy, jak ten czas minął - zrobiła się z niej już fajna, mała dziewczyneczka, która pół godziny potrafi ubierać sobie skarpetkę, umie zanieść pieluszkę do kosza, bardzo często mówi "tak, nie", wydając się rozumieć, co to znaczy.

Dużo czasu spędzam teraz u mojej sąsiadki, a raczej z jej dziećmi, które super bawią się z Nunką. Wczoraj zaczęłyśmy rozmawiać na temat jedzenia, oczywiście stwierdziła, że jedzenie to największa przyjemność w życiu (chyba nie w jej, bo ma bardzo kobiecą figurę) i zaczęła obgadywać moją koleżankę i jak ona to bardzo przytyła. Może to i prawda, bo G. ma też tendencję do tycia, o czym wielokrotnie mi mówiła, ale moja sąsiadka zaczęła się rozwodzić - jak można się tak zapuścić? Ja mam alergię na to hasło i stanęłam w jej obronie - że ona też ma problem z jedzeniem i że A. (sąsiadka) tego nigdy nie zrozumie, bo jedzenie nie jest jej nałogiem. A. nie ma żadnych nałogów, chyba oprócz takiego, że robi pyszne nalewki różnego rodzaju, które sobie sympatycznie konsumujemy...A. przyznała, że nigdy w życiu nie była na żadnej diecie i je, co chce. "Poradziłam" jej sobie spróbować jeden dzień być na steropianie, chudym mięsie i by nie tknęła chleba. Powiedziała, że na pewno by nie wytrzymała. I znowu doszłam do wniosku - jakie życie jest niesprawiedliwe...
Co się jeszcze u mnie dzieje? Dzień za dniem ucieka, kuchnia odmalowana i troszkę odnowiona, jednak nowych mebli brak, bo już nie miałam siły toczyć wojen. Przeraża mnie już myśl powrotu do szkoły i do ciężkiej harówki całymi dniami - Nunka teraz świata poza mną nie widzi, wszędzie chce chodzić ze mną/za mną, a przecież wiadomo, jak moje życie wygląda w ciągu roku szkolnego.
A, i dodam jeszcze, że dzisiaj moja wspaniała sąsiadka poradziła mi (nie wiem, już który raz z kolei), bym jak najszybciej miała drugie dziecko, bo materiał genetyczny był/jest do pozazdroszczenia - ona pod wpływem Nunki ma teraz parcie na trzecie dziecko, jej dwoje dzieci często im mówią, że chcą siostrzyczkę jak Nunka (wielokrotnie to słyszałam), niestety "materiał genetyczny" się tylko chyba do bycia dawcą nadaje, bo już do bycia ojcem - na pewno nie...
PS. Waga rano 77,4

czwartek, 10 lipca 2014

na pielgrzymce jak w małżeństwie

Kilka dni temu przez moją miejscowość szła pielgrzymka z Przemyśla, razem z Nunką machałyśmy pielgrzymom, podszedł też do nas ksiądz słusznej postury, chwilę z nim porozmawiałam:
- Jak się księdzu idzie? Taki straszny upał...
- Dobrze, w zeszłym roku ciągle padało i było chyba gorzej. A na pielgrzymce jak w małżeństwie - raz lepiej, raz gorzej, byle do przodu...

Pobłogosławił Nunkę, dał obrazek i poszedł dalej. Jeszcze kilku pielgrzymów zamieniło kilka słów, życzyło udanego dzieciństwa i radości z córeczki. Radość jest, i to ogromna, ale smutek w środku czasami jeszcze większy. Ostatnio dużo czytam na temat wychowania dziecka jako samotna matka, co jeszcze pogłębia moją depresję wewnętrzną, na zewnątrz chyba tego - jak zwykle - nie widać.
Mam w końcu upragniony, nowy samochód - już zarejestrowany, ubezpieczony, ale jeszcze pierwszej jazdy nie odbyłam, co na pewno nastąpi w ten weekend. Jak dzisiaj poszłam do Wydziału Komunikacji, myślałam, że będę tam jedyną kobietą, ale okazało się, że to mężczyźni byli w mniejszości...Przecież to jednak męskie zajęcie. Gdy już wracałam do domu, patrzyłam na swoje życie, na tą swoją "nieszczęsną" samowystarczalność i chciałabym, żebym nie musiała tak sama wszystkiego umieć i na wszystkim się znać (dobrze, że internet istnieje i są tacy, którzy chociaż trochę mi pomogą) - co nie zmienia faktu, że mężczyzna by się przydał.

Ten wpis ma być pozytywny i dodam jeszcze, że fajnie te wakacje mijają - dużo spaceruję z Nunką, weszłam bardzo w świat dzieci, przestałam się wstydzić nieślubnego dziecka, teraz jestem na etapie godzenia się z tym, że Ona nie będzie mieć ojca. Nunka jest radosna, wesoła, pełna energii i życia, prawie chodzi, dużo mówi - ale czy życie jej nie zniszczy? Jak mnie?

waga:78,1

wtorek, 1 lipca 2014

może trochę pozytywniej

Ostatni post był może zbyt ostry, ale tak wtedy czułam. Dalej bardzo dużo płaczę, nawet nie, żebym się jakoś użalała strasznie nad sobą - czasami samo się płacze - z bezsilności, z emocji, z samotności, z bezsensu, bez powodu...Dzisiaj oglądałam jakiś film, gdy Nunka spała i też łzy pokapały, bo był o dziewczynce, której umarł ojciec.

A przecież przez ostatnie dni było NAWET fajnie. W piątek zakończył się rok szkolny, egzaminy wyszły dobrze, mogę spać spokojnie. Wieczorem poszliśmy uczcić ten "spokojny" koniec - chwilę byłam, pogadałam z moim kolegą na temat bycia rodzicem - wspominał poród żony, jak się czuł, gdy wziął swojego syna na ręce, jak go chwyta za serce, gdy on się do niego przytula, chociaż już jest w czwartej klasie podstawówki, o miłości do córki - i o dzieciach jako sensie życia.
W sobotę szukałam samochodu w miłym towarzystwie, w niedzielę odwiedziłam rodzinę, był grill i piknik na trawie. Dzisiaj wizyta u koleżanki, która ma 2-miesięcznego synka - oczywiście musiałam go ponosić, bo mój instynkt macierzyński ma fazę zwyżkową teraz, ale Nunce się to nie podobało i tak strasznie płakała, gdy widziała "konkurencję" w ramionach mamy, że ani pocieszenia koleżanek nie pomagały. Jutro odwiedziny u kolejnej koleżanki, ale jej synowie są już - niestety - trochę starsi.
I tak wakacje rozpoczęte zostały towarzysko. Nunka dużo ze mną jeździ, jest grzeczna i pewnie to lubi, bo coś się jej rusza za oknem. Życie mija.

PS. Waga 78,2. Nie mam za grosz siły psychicznej, by się odchudzać - zresztą, co to zmieni - skóra i tak będzie wisieć jak wisi. Byle nie przytyć...i nie zwariować.