Łączna liczba wyświetleń

sobota, 13 grudnia 2014

cześć! ziółwik!

Tak moja nunka pożegnała się dzisiaj z babcią i dziadziem przed pójściem do "naszego królestwa" - czyli na górę. Spędziwszy dzisiaj z nią prawie całe popołudnie stwierdzam, że to dziecko nie usiądzie na 5 minut (nie wliczając oglądania bajki na baby.tv) i ma ciągle mnóstwo pomysłow do zrealizowania. Jak ją pytam - co robisz? odpowiada - ucię sie (dołowne słowa). Mogłabym jeszcze pisać o niej tyle rzeczy, że brakło by bloga - ile to dziecko daje radości, czułości, zajęcia - nie jestem w stanie opisać, a słowo 'psitul" rozbraja mnie całkowicie...

Ale są też inne rzeczy - dzisiaj trochę porozmawiałam z moim już niedługo "byłym" uczniem maturzystą, który ponarzekał na swoją mamę - stwierdził, że nigdy się nie ożeni, bo całe życie "baba" nim będzie rządzić i zawsze będzie robił, co ona chce (?), ale po chwili dodał, że księdzem też nie zostanie, bo chce mieć dzieci i normalny dom, więc wybierze "mniejsze zło":). Jak ja lubię z nim rozmawiać - przeszedł taką metamorfozę od gimnazjum, własnie dzięki mądremu wychowaniu przez rodziców - kochająca, ale wymagająca matka, i ojciec, z którym nie ma dyskusji na poważne tematy.

A na koniec mojego wpisu jeden wiersz, który dostałam niedawno jako wyraz...?

w niedokończonym śnie ciągle jesteś
w cichym ostatnim westchnieniu nocy
odkąd zbłądziłaś w uśpioną przestrzeń
o świcie oczu nie śmiem otworzyć

żeby najmniejszym mrugnięciem powiek
nie spłoszyć niemal realnej jawy
i nie wybaczyć już nigdy sobie
gdybym na zawsze miał cię utracić

obiecaj chociaż przyśnić się znowu
wciąż taka sama jak dziś wiosenna
daj mi się zbudzić lecz jutro powróć
bym reszty życia nie musiał przespać....


ps. waga 78,4 i dwie z trzech najważniejszych spraw załatwione - dlatego lekka ulga psychiczna jest wyraźnie odczuwalna...

czwartek, 13 listopada 2014

wewnętrzny smutek

Na zewnątrz cudownie! W środku przypuszczam, że głęboka depresja, często okupiona płaczem. Ale muszę żyć, a nawet jakoś podświadomie chcę, bo moja przekochana istotka musi mieć chociaż matkę, chociaż nie ma ojca, który jakiś czas temu stwierdził, że "nie ma się czym chwalić". Z naciskiem na "czym". Ale nie chcę o tym pisać, niech ten ból mnie wykończy, bo sama nie umiem sobie z nim dać rady.

Zmieńmy temat - moje dziecko jest coraz większe - coraz więcej mówi, od dwóch, trzech dni mówi już "nie ma", gdy czegoś nie ma. Nie wspomnę o "mleto/ciemno/zimo/ciepo/mama/babcia/dziadzia/wuju/daj/plosie/pilo" itd. - to cieszy! Wczoraj zaliczyłyśmy pierwszy raz podcinanie i coraz bardziej wygląda jak mała dziewczynka. Kocham ją nad życie!

Nie wiem chwilami, czy mam się tym swoim życiem TERAZ cieszyć czy nie. Cieszę się, bo bez niuni już chyba tylko szpital psychiatryczny by mnie czekał, ale z drugiej strony tak to wszystko boli, ponadto brak kogokolwiek do wygadania się. Bardzo dużo relacji uległo przewartościowaniu, koleżanki z "kiedyś" nie rozumieją moich problemów, nastąpiło oddalenie, koleżanki z "teraz" jednym uchem wpuszczą, drugim wypuszczą - mają swoje kłopoty i problemy, a ja nie będę nikogo swoimi kłopotami obarczać, bo każdy powie - masz, co chciałaś. Nie miałam bladego pojęcia, że będzie tak ciężko psychicznie, a przecież wszystko, co najgorsze, jeszcze przede mną. Poza tym teraz jestem już odpowiedzialna nie tylko za moje "zabagnione" życie, ale muszę też zrobić wszystko, by to bagno nie wciągnęło mojego dziecka. A co w tym wszystkim najgorsze? Nie to, że jestem samotną matką, że żyję na wsi - nikt mi nic złego nigdy nie powiedział, może za plecami gadają, ale ja tego nie czuję. Jak zwykle-najprostsze, nieskrępowane pytania padają z ust dzieci - w sobotę syn kolegi zapytał - czemu nie ma pani męża? Boli...

Czy ja kiedyś uwolnię się od koszmarów tkwiących we mnie samej? Bo to moja psychika najbardziej mnie zamęcza - zawsze mi źle, zawsze wszystko nie tak, zawsze chciałabym inaczej. Dwa dni temu mój teraz już kolega, kiedyś były uczeń, powiedział mi, że zamieniam się w zgorzkniałą "babę" (jak siostra jego żony i jego siostra). I że taka nie jestem, i że mam coś zrobić, bo potrafię, i tyle razy już to udowodniłam. I że mam przestać jęczeć, i zacząć działać - miał rację. Ale nie wiem, czy jest sens - ja całe życie o coś walczę, zabiegam, nic za darmo i tak za nic.

Wczoraj w sklepie - o, jaka ta Pani córka podobna do mnie - powiedział pan - chyba moja:) - a ja - ja sobie nie przypominam - pan - a szkoda, bo ja chętnie bym sobie z panią przypomniał! Nawet sprzedawczyni się śmiała. Jak zwykle - pan kupował piwko i był chyba lekko wstawiony...
Waga: 78,1 kg.
I tyle.

piątek, 24 października 2014

nowe życie

Będzie nowe dzidzi w rodzinie! Bardzo szkoda, że nie moje, bo o niczym innym nie marzę, ale i TAK BARDZO SIĘ CIESZĘ! Super! Dlaczego moja niunia tak szybko rośnie? Ten zapach...

środa, 8 października 2014

październikowa codzienność

Dawno mnie tu nie było - wpadłam po pierwsze w wir pracy, po drugie - w związku z pierwszym i w związku z tym, że mam dla kogo żyć, moje problemy egzystencjalne albo gdzieś zniknęły, albo straciły na swojej mocy. Dnie są bardzo intensywne, ale też pełne rutyny - dobrze, że wieczorem czeka mnie sesja przytulania, czułości i miłości - i pewnie TO ładuje moje akumulatory na każdy kolejny dzień. Dobrze, że zachowuję równowagę między dzieckiem a pracą - i bez jednego, i drugiego byłoby bardzo, ale to bardzo trudno. Nawet nie wiem, co jeszcze napisać? Waga dzisiaj rano 77.4 - czyli ciągle mniej więcej na jednym poziomie. Moja niuńcia też już nabrała mojego głupiego nawyku ważenia się co rano - ja to robię, a ona też chce - ona tego jeszcze nie rozumie, a - niestety uczy się ode mnie - chociaż to na razie tylko niewinna - wg niej zabawa. Przerażające...
Życie uczuciowe nie istnieje - czy to dobrze, czy źle - nie wiem. Wiem jedno - przestałam już jakiś czas się użalać nad sobą, płakać, przeżywać - będzie, co będzie, byle do przodu - w zdrowiu i może być tak, jak teraz - oby gorzej nie było...Daleko do ideału, ale gdy nie muszę, nie myślę, nie roztrząsam - cieszę się, że mogłam jej kupić śliczną, niebieską kurteczkę w sobotę, że razem szukałyśmy bucików na zimę (niestety fioletowe:() - i już do kurtki nie pasują - będzie pretekst, by kupić pod kolor kolejną). Ta jej radość, życie, które dała temu domowi (plus wygląd pokoju jak po przejściu tornada....) - nigdy więcej TAMTEGO ŻYCIA!
Ukochanym słowem mojej niuni jest SIAMA! W końcu 28 października skończy 1,5 roku - a dopiero się przecież urodziła...

czwartek, 21 sierpnia 2014

38 lat - urodziny i imieniny

Dzisiaj są moje imieniny - mój wierny przyjaciel napisał z tej okazji wierszyk:

Co druga Aśka
Obchodzi dzisiaj imieniny
Z tej to okazji 
ją na pewno odwiedzimy
Może postawi
Choć łyczek gorzały
Jak dobrze pójdzie
Wypijemy literek cały
Później życzenia
Buziaki ,kwiaty
A ja będę oczekiwał
W naturze zapłaty!

Jak zwykle, chwycił mnie za serce - szkoda tylko, że to nie moja kategoria wiekowa i zapłaty w naturze na pewno nie będzie:)

Spędziłam sobie ostatnio dwa dni w moim mieszkanku z Nunką - było w sumie w porządku, a co zauważyłam najbardziej? Brak "jojczenia" mamy - jaki spokój..Ale z drugiej strony, przebywanie z dzieckiem ciągle wymaga ogromnej uważności - szklana ława była chyba największym wrogiem! Oczy naokoło głowy musiałam mieć. Poza tym miasto - mieszkanie jak klatka - pochodziłyśmy po galerii, parku, ale to nie to samo, co wieś - w ogródku piaskownica, huśtawka, pełno kamyczków na podwórku, trawa, dużo znajomych dzieci wokoło, i mama - która bardzo pomaga - więc jest czas, by i paznokcie pomalować, i poczytać...Każde miejsce - jak to bywa - ma swoje plusy i minusy...
Dzisiaj rano waga 75.9 - czyli brakuje mi 90 dkg do wagi, która w mojej podświadomości miała być moją wymarzoną wagą - i co? I nic, bo czemu nie mogłoby być 70 kg? Wiecznie mi mało, jak mówi moja koleżanka, i ma rację.

Wczoraj oglądałam "Miasto Kobiet" i program, w którym prowadzące zaprosiły 4 kobiety. Schudły one po około 50 kg, jedna 60 kg. Opowiadały jak to zrobiły - od razu rzuciła mi się w oczy jedna pani, w moim wieku, która jest uzależniona od jedzenia - jedzenie daje jej przyjemność, marzy o słodyczach, ale ich nie je, zajada emocje, była smutna. Te inne kobiety widać było, że nie "kochały" jeść - one się obżerały, ale nie widziałam tam takiego dzikiego smutku do powrotu do starego sposobu żywienia jak u tej ostatniej, wspomnianej pani. Która z nich wytrwa, nie wiem, ale wiem, że najwięcej wspólnego mam z tą ostatnią. Jedna z nich przeszła już 5 operacji usunięcia skóry - ta, która schudła ze 130 kg (schudła chyba 54 kg). Co zaraz dało mi do myślenia, bo ja schudłam (licząc do dzisiaj) prawie 80 kg. Wiem, gdzie to zrobią mi na NFZ, ale się boję, bo dziecko, ale może jak ona podrośnie, to wrócę do tego? Jeszcze się nad tym zastanowię, trzeba by było zacząć od rąk - ubrać podkoszulek bez rękawów to moje marzenie...Ale pomysł się zrodził, tylko czy odwagi wystarczy?

 

wtorek, 5 sierpnia 2014

ładnie razem wyglądacie!

Takie słowa usłyszałam od mojego kolegi w niedzielę - kolega uczy w-f-u i pracuje aktywnie na naszym Orliku. Zawsze go lubiłam, chyba dlatego, że ma zdrowe podejście do życia i zawsze mogłam i mogę na niego liczyć. Nunkę wyprzytulał, ponosił, pobawił się z nią piłką - jednym słowem - było miło...Ale w takich momentach i tak czuję takie ukłucie ogromne w sercu - tylu obcych facetów okazuje sympatię Nunce, tylko nie ten, który powinien...Ale zmieńmy temat. Czytam to -
Zygmunt Miłoszewski "Ziarno prawdy"
Najpierw przeczytałam jednak "Uwikłanie" tego autora, które o wiele bardziej do mnie przemówiło, może dlatego, że zawierało o wiele więcej wątków psychologicznych.
Poznajemy tam zimnego prokuratora - przynajmniej taki się wydaje, który prowadzi sprawę tajemniczego morderstwa. Co dla mnie było najważniejsze w tej książce? Świat wewnętrzny bohatera - mężczyzny. Ma piękną żonę, którą wydaje się kochać, ukochaną córkę Helenkę, ustabilizowaną pozycję zawodową, jest mądry, inteligentny
, ma wszystko - a mimo wszystko zdradza. I traci wszystko - ale o tym dowiadujemy się już w kolejnym tomie powieści. Autor godny polecenia - książkę "pochłonęłam" prawie w jeden wieczór, "Ziarno prawdy" jest trudniejsze - nawet dzisiaj w nocy śniły mi się podcięte gardła i wisząca skóra - chyba dlatego, że wczoraj do północy ją czytałam. Dzisiaj czytam takie książki tylko w dzień, nie w nocy.
Zaraz też nasunęło mi się pytanie - dlaczego Szacki zdradził? Wg mnie, bo był znudzony własnym ustabilizowanym życiem i było mu w nim zbyt bezpiecznie. Ostatnio też - jakoś przy okazji wizyt u koleżanek - w trakcie rozmowy z ich mężami wyszło, że P. - mąż mojej sąsiadki stwierdził, że jak żona suszy głowę, to facet ma prawo, a drugi - mój fajny kolega - że pociąg fizyczny wygrywa czasami, choćby nawet nie wiem jak dobrze było w małżeństwie - męskie teorie...
W końcu wracam do czytania, dostałam też podobno dobry kryminał, sama kupiłam też jeszcze dwie książki w empiku i jedną już podczytuję...
Kończąc optymistycznie - moja Nunka też randkuje:)
PS. Waga 76.9

wtorek, 29 lipca 2014

już połowa wakacji

Wczoraj wieczorem miałam atak nerwicy i już chciałam to wyrzucić z siebie na bloga, ale jak zwykle teraz - prawie zawsze chodzę spać "z kurami", czyli około 22 - taka jestem już zmęczona całym dniem. Nunka sama chodzi, wszędzie jej pełno, na widok innych dzieci gotowa jest biec na przepadło - będzie towarzyska chyba...Wczoraj skończyła 15 miesięcy, jak ten czas minął - zrobiła się z niej już fajna, mała dziewczyneczka, która pół godziny potrafi ubierać sobie skarpetkę, umie zanieść pieluszkę do kosza, bardzo często mówi "tak, nie", wydając się rozumieć, co to znaczy.

Dużo czasu spędzam teraz u mojej sąsiadki, a raczej z jej dziećmi, które super bawią się z Nunką. Wczoraj zaczęłyśmy rozmawiać na temat jedzenia, oczywiście stwierdziła, że jedzenie to największa przyjemność w życiu (chyba nie w jej, bo ma bardzo kobiecą figurę) i zaczęła obgadywać moją koleżankę i jak ona to bardzo przytyła. Może to i prawda, bo G. ma też tendencję do tycia, o czym wielokrotnie mi mówiła, ale moja sąsiadka zaczęła się rozwodzić - jak można się tak zapuścić? Ja mam alergię na to hasło i stanęłam w jej obronie - że ona też ma problem z jedzeniem i że A. (sąsiadka) tego nigdy nie zrozumie, bo jedzenie nie jest jej nałogiem. A. nie ma żadnych nałogów, chyba oprócz takiego, że robi pyszne nalewki różnego rodzaju, które sobie sympatycznie konsumujemy...A. przyznała, że nigdy w życiu nie była na żadnej diecie i je, co chce. "Poradziłam" jej sobie spróbować jeden dzień być na steropianie, chudym mięsie i by nie tknęła chleba. Powiedziała, że na pewno by nie wytrzymała. I znowu doszłam do wniosku - jakie życie jest niesprawiedliwe...
Co się jeszcze u mnie dzieje? Dzień za dniem ucieka, kuchnia odmalowana i troszkę odnowiona, jednak nowych mebli brak, bo już nie miałam siły toczyć wojen. Przeraża mnie już myśl powrotu do szkoły i do ciężkiej harówki całymi dniami - Nunka teraz świata poza mną nie widzi, wszędzie chce chodzić ze mną/za mną, a przecież wiadomo, jak moje życie wygląda w ciągu roku szkolnego.
A, i dodam jeszcze, że dzisiaj moja wspaniała sąsiadka poradziła mi (nie wiem, już który raz z kolei), bym jak najszybciej miała drugie dziecko, bo materiał genetyczny był/jest do pozazdroszczenia - ona pod wpływem Nunki ma teraz parcie na trzecie dziecko, jej dwoje dzieci często im mówią, że chcą siostrzyczkę jak Nunka (wielokrotnie to słyszałam), niestety "materiał genetyczny" się tylko chyba do bycia dawcą nadaje, bo już do bycia ojcem - na pewno nie...
PS. Waga rano 77,4

czwartek, 10 lipca 2014

na pielgrzymce jak w małżeństwie

Kilka dni temu przez moją miejscowość szła pielgrzymka z Przemyśla, razem z Nunką machałyśmy pielgrzymom, podszedł też do nas ksiądz słusznej postury, chwilę z nim porozmawiałam:
- Jak się księdzu idzie? Taki straszny upał...
- Dobrze, w zeszłym roku ciągle padało i było chyba gorzej. A na pielgrzymce jak w małżeństwie - raz lepiej, raz gorzej, byle do przodu...

Pobłogosławił Nunkę, dał obrazek i poszedł dalej. Jeszcze kilku pielgrzymów zamieniło kilka słów, życzyło udanego dzieciństwa i radości z córeczki. Radość jest, i to ogromna, ale smutek w środku czasami jeszcze większy. Ostatnio dużo czytam na temat wychowania dziecka jako samotna matka, co jeszcze pogłębia moją depresję wewnętrzną, na zewnątrz chyba tego - jak zwykle - nie widać.
Mam w końcu upragniony, nowy samochód - już zarejestrowany, ubezpieczony, ale jeszcze pierwszej jazdy nie odbyłam, co na pewno nastąpi w ten weekend. Jak dzisiaj poszłam do Wydziału Komunikacji, myślałam, że będę tam jedyną kobietą, ale okazało się, że to mężczyźni byli w mniejszości...Przecież to jednak męskie zajęcie. Gdy już wracałam do domu, patrzyłam na swoje życie, na tą swoją "nieszczęsną" samowystarczalność i chciałabym, żebym nie musiała tak sama wszystkiego umieć i na wszystkim się znać (dobrze, że internet istnieje i są tacy, którzy chociaż trochę mi pomogą) - co nie zmienia faktu, że mężczyzna by się przydał.

Ten wpis ma być pozytywny i dodam jeszcze, że fajnie te wakacje mijają - dużo spaceruję z Nunką, weszłam bardzo w świat dzieci, przestałam się wstydzić nieślubnego dziecka, teraz jestem na etapie godzenia się z tym, że Ona nie będzie mieć ojca. Nunka jest radosna, wesoła, pełna energii i życia, prawie chodzi, dużo mówi - ale czy życie jej nie zniszczy? Jak mnie?

waga:78,1

wtorek, 1 lipca 2014

może trochę pozytywniej

Ostatni post był może zbyt ostry, ale tak wtedy czułam. Dalej bardzo dużo płaczę, nawet nie, żebym się jakoś użalała strasznie nad sobą - czasami samo się płacze - z bezsilności, z emocji, z samotności, z bezsensu, bez powodu...Dzisiaj oglądałam jakiś film, gdy Nunka spała i też łzy pokapały, bo był o dziewczynce, której umarł ojciec.

A przecież przez ostatnie dni było NAWET fajnie. W piątek zakończył się rok szkolny, egzaminy wyszły dobrze, mogę spać spokojnie. Wieczorem poszliśmy uczcić ten "spokojny" koniec - chwilę byłam, pogadałam z moim kolegą na temat bycia rodzicem - wspominał poród żony, jak się czuł, gdy wziął swojego syna na ręce, jak go chwyta za serce, gdy on się do niego przytula, chociaż już jest w czwartej klasie podstawówki, o miłości do córki - i o dzieciach jako sensie życia.
W sobotę szukałam samochodu w miłym towarzystwie, w niedzielę odwiedziłam rodzinę, był grill i piknik na trawie. Dzisiaj wizyta u koleżanki, która ma 2-miesięcznego synka - oczywiście musiałam go ponosić, bo mój instynkt macierzyński ma fazę zwyżkową teraz, ale Nunce się to nie podobało i tak strasznie płakała, gdy widziała "konkurencję" w ramionach mamy, że ani pocieszenia koleżanek nie pomagały. Jutro odwiedziny u kolejnej koleżanki, ale jej synowie są już - niestety - trochę starsi.
I tak wakacje rozpoczęte zostały towarzysko. Nunka dużo ze mną jeździ, jest grzeczna i pewnie to lubi, bo coś się jej rusza za oknem. Życie mija.

PS. Waga 78,2. Nie mam za grosz siły psychicznej, by się odchudzać - zresztą, co to zmieni - skóra i tak będzie wisieć jak wisi. Byle nie przytyć...i nie zwariować.

środa, 11 czerwca 2014

po co pisać?

Długo mnie nie było-powinnam wrócić do bardziej regularnego pisania, w końcu kiedyś ten blog dużo mi dawał, teraz nie czuję potrzeby 'wywnętrzania się', bo wszyscy chcą mnie oceniać i tego nie chcę. Moje życie płynie codziennością, ciągłymi wahaniami nastroju, bardzo dużą ilością łez, może depresją (ale na zewnątrz się trzymam), momentami radości (gdy Niuńka mało nóżek nie połamie, pędząc w moją stronę gdy wracam do domu). Ona coraz większa, dzisiaj kupiłam jej mały basenik i parasolkę, w końcu już niedługo wakacje!!!

Ten blog powinien teraz zmienić tytuł na coś z samotną matką, bo teraz to mój problem numer 1. Waga 77,1, czyli trzymam normę, nogi nadal grube, brzuch obwisły, ręce też. Ale czy to takie istotne? Nie, bo sto razy ważniejsze jest to, że moja Niuńka nie ma ojca. I nic nie mogę na to poradzić. Dzisiaj moja koleżanka, matka trójki dzieci, powiedziała mi, że może nie powinna mieć dzieci, bo dzięki ciągłym kłótniom z mężem mają "super" wzór do naśladowania - nie takiego dzieciństwa dla nich pragnęła.
Przeżyłam szkolny festyn. Nie wiem, czy ludzie gadali czy nie (myślę, że tak, bo to wieś), ale nic na to nie poradzę. I tak musiałam to zrobić, bo co mi to da, że będę siedzieć w domu i się ukrywać? A najgorsze jest to, że najwięcej tego wszystkiego,  nawet nie wiem, jak to nazwać, siedzi w mojej głowie i to ja mam największy problem. Czasami myślę, że powinnam kupić bilet, wyjechać i nigdy nie wracać tutaj - może mi by było łatwiej? Nikt mi nic złego nie powiedział, ale ja sama nie mogę takiego życia...Już cała we łzach...

Co jeszcze napisać? Ten wpis jest tak nieskładny jak moja psychika teraz-w stanie rozpadu...
Nawet dzisiejszy podryw w samochodzie obok na światłach nie poprawił mi humoru - może dlatego, że zdarza się to teraz od czasu do czasu, już nie budzi taki emocji? Dzisiaj na mojej wydekoltowanej bluzce kilka razy łapnęłam wzrok facetów - i znowu zero emocji - przecież kiedyś tego w ogóle nie doświadczałam, dałabym się wtedy za to pokroić, i co? I nic.
Zobojętnienie jest też tragiczne - gdy na niczym nie zależy.
Wieczorami nachodzi refleksja - po co to wszystko? Dlaczego? Nie wiem, nie rozumiem i nie umiem wytłumaczyć.
Przepraszam.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

minął rok!

Dzisiaj moja Niuńcia skończyła roczek! A dopiero się urodziła! Jak to szybko minęło...Z tej okazji zakupiłam jej to:

Jeździ w nim teraz jak "królowa" - dobrze, że rowerek jest dostosowany do takich malutkich dzieci, bo krzesełko jest bardzo bezpieczne, a gdy podrośnie, można kilka rzeczy zdemontować i będzie sama nim jeździć.
Jaki był ten rok? Pełen - jak zwykle - i łez, i radości, tyle, że tych łez i smutku było 10%, a reszta to radość...Dzisiaj na przykład cały wieczór spędziłyśmy razem - ona uwielbia "wygłupiać" się ze mną, turlać po łóżku, wstawać i siadać (trzymając się mnie) po tysiąc razy, pokazywać mi, jak robi piesek, konik, tasiu-tasiu, dygu-dygu, itd. Daje tyle radości...

Dzisiaj w "Angorze" jest przedruk artykułu z "Przekroju" - "Grubi płaczą w ciszy"(chyba taki tytuł). Jest w nim mowa o tym, że pewna kobieta podała do wiadomości publicznej swój adres mail'owy i zachęciła do przysyłania do siebie wszelkich przykładów dyskryminacji osób grubych. I odezwały się do niej osoby, które zostały źle potraktowane przez lekarzy lub pielęgniarki. Ona sama postanowiła się uczynić rzecznikiem osób otyłych. Po przeczytaniu tego artykułu, zaraz zaczęłam myśleć o swoich doświadczeniach w tym temacie - pisałam o nich na blogu wielokrotnie, teraz je trochę zamazał już upływ czasu, ale ciągle na przykład pamiętam wizytę u pewnej pani endokrynolog, która - zobaczywszy, że byłam bardzo gruba - kazał rozebrać się do majtek i biustonosza i poczekać chwilę, ona w tym czasie poszła po innego lekarza i oboje zastanawiali się, jak mogłam się tak "zapuścić" i co dalej robić. Pogadali i...nie pomogli nic a nic, za to upokorzenie moje wtedy było MEGA wielkie! Tą panią doktor mogłabym wtedy zabić...potem - gdy już schudłam - ale jeszcze byłam gruba (ważyłam pewnie około 110 kg), kolejny lekarz - tym razem kardiolog - naskoczył na mnie, że ważę za dużo. Wtedy ja - o wiele już pewniejsza siebie - też sobie pozwoliłam mu odpyskować, że lekarze tylko kazali całe życie schudnąć, ale NIC A NIC nie potrafili pomóc. On mnie wtedy przeprosił i zaczął inaczej ze mną rozmawiać - gdy mu powiedziałam, ile już schudłam.

      Jeszcze jedna rzecz mi przyszła do głowy - jak bardzo moje zachowanie zmieniło się i że teraz nie zawsze - nawet mnie samej - podoba mi się ono. Wydaję się zawsze być najmądrzejsza, najpewniejsza siebie, a przez to pewnie i arogancka. Dlaczego tak jest? Bo przez 30 grubych lat zawsze w kącie, zawsze cicho, byle nikt nie zauważył (chociaż głupia wtedy też nie byłam). A teraz? Powinnam się czasami ugryźć w język, przestać być taka dumna i niedostępna (ostatnio to usłyszałam), nie być taka "ostra" (to usłyszałam dwa dni temu). Ale taka jestem. Typowa zodiakalna Lwica. Lwica - na zewnątrz harda i dumna, a wewnątrz - samotna, płaczliwa i czasami bardzo nieszczęśliwa (jak każdy?) - nie wiem...

niedziela, 27 kwietnia 2014

poweselnie

Obiecałam i słowa dotrzymuję.
Zdjęcie zrobione w mieszkaniu taty - już teraz żony - mojego brata. O weselu napiszę już niedługo, bo trochę się tego uzbierało, a jutro moja Niuńcia kończy roczek! Impreza za tydzień, dzisiaj wręczyłam jej prezent - zdjęcie też wkrótce, a jutro powrót do rzeczywistości.
Waga: 77,7 dzisiaj rano

niedziela, 20 kwietnia 2014

bieżące życie

Gdzie te doły moje się podziały? Nie ma na nie czasu, poza tym - jak powiedziała moja koleżanka - jest źle, ale jest też światełko w tunelu - ja bym dodała - bardzo silne światło.
Tyle się ostatnio dzieje, brak czasu na pisanie - dużo pracy, bo już niedługo i egzamin gimnazjalny, i matura, w tym roku idę poprawiać i jedno, i drugie - OKE mi wybaczyła ubiegły rok. Za tydzień ślub mojego brata, kreacja znaleziona, po wszystkim na pewno zamieszczę zdjęcie, bo wyglądam w niej tak chudo, że jak się zobaczyłam, sama się sobie spodobałam:) Dodam, że rozmiar 42 - szok! A kiedyś był 56, czasami nawet 58. Związek z TZ z mojej strony na pewno zakończony, więcej w tym nienawiści teraz niż czegokolwiek innego, ale on chce trzymać kontakt, ale po co? Jak moja koleżanka - cytowana już powyżej - całe życie będę mieć takie "przechlapane"...Obawiam się, że miała rację. Romansów brak, dość facetów robiących mnóstwo błędów ortograficznych, a Ci, którzy ich nie robią, są znowu nudni jak flaki z olejem...Nie dogodzi...

Ostatnie trzy dni się opracowałam bardzo - dzisiaj był obiad dla rodziny przyszłej żony mojego brata - Jej siostra jest w ciąży, jak zobaczyłam ten kochany brzuszek, ile zazdrości poczułam...Ma też dwuletnią córeczkę, kochaną dziewczynkę, na ile mogły, bawiły się z moją Kruszynką - dobrze, że chociaż jedno dziecko mam, inaczej chyba by mi serce pękło...Przywieźli K. prezent, spędziliśmy miło czas, było fajnie.
Jutro jedziemy do mojej ciotki, chociaż ona trochę chora i nie wie, czy to dobry pomysł, bo nie chce zarazić K., ale ona ma już taki katar, że tylko inhalacja ją ratuje, a nienawidzi, gdy ma to robione - ale mam problemy?

To chyba tyle w moim życiu - ciągle coś się dzieje...
waga rano:78,1 - pilnuję się jak widać...

sobota, 19 kwietnia 2014

Wesołych Świąt!

Samych radości, kolorowych jajeczek, białych owieczek, uśmiechu bez liku i bakalii w serniku. Kiełbaski tłuściutkiej i atmosfery milutkiej, życzy Jedzenioholiczka - wszystkim moim blogowym znajomym!

czwartek, 27 marca 2014

manipulacja ludźmi

Dzisiaj razem z moimi uczniami brałam udział w warsztatach na temat komunikacji w biznesie (a tak naprawdę manipulacji ludźmi) - w ramach projektu, w którym biorę udział. Pan, który je prowadził, miał do tego tak zwany "dryg" i wyszliśmy wszyscy - mam nadzieję - bogatsi o pewne informacje na temat wywierania wpływu na ludzi...

Pan (mój typ) opowiedział, jak to jest, że ludzie łączą się w pary i co decyduje (w dużej mierze) od samego początku, że z kimś będziemy lub nie - pierwsze wrażenie (czyt. wygląd, ja nazywam to "iskrzeniem"). Podał to na przykładzie swojej żony - Czy urzekła mnie jej inteligencja, dobre serce, czułość, oczytanie? (to było pytanie retoryczne). Nie - ona mi się spodobała! Bo była kobieca! Potem opisał eksperyment, jak sprzedawał zimne ognie na ulicy. Na 100 zaczepionych kobiet, do których zrobił maślane oczy, 23 uległy jego czarowi, ale już żaden mężczyzna na to nie poszedł. To samo zrobiła jego koleżanka - sprzedała ich więcej mężczyznom, ale tylko 3 kobietom. Zasada przeciwności płci w handlu podobno działa. Uczył nas też negocjacji, tłumaczył na czym ona polega, powiedział, jakie są zasady udanych negocjacji, mi zapadło w pamięci jeszcze takie zdanie "Grzeczny człowiek to taki, który słucha drugiego człowieka z zainteresowaniem, chociaż ten drugi na ten temat nie wie nic, a on sam jest ekspertem". Kto tak potrafi? Ja nie.

Dzisiaj poprawił mi się też nastrój, bo zostałam poderwana. Jakie to było miłe! Znowu poczułam się kobietą - po pół godzinie poznałam pewnie historię połowy życia, wiedziałam już wszystko o pracy i domu, nasłuchałam się komplementów na temat jak się pan czuje dobrze w moim towarzystwie i jak bardzo jestem w jego typie - szkoda tylko, że on nie jest w moim, ale -niestety dla mnie-dobrze mu z oczu patrzy. A jeszcze jak usłyszałam, że mu się podobają moje nogi, to już w ogóle stwierdziłam, że facetowi "odbiło"... I jak zwykle też dodał, że on mi do pięt nie dorasta i się dziwi, że ja się w ogóle do niego odezwałam - ile razy ja już to usłyszałam, o wiele za dużo...Ale miło było, to niezaprzeczalne, kto tego nie lubi?
PS. Moja waga poszła o 2 kg do góry, ale to wszystko przez burzliwe życie osobiste (w negatywnym tego słowa znaczeniu). I znowu przepłakane noce, tyle że teraz tak 20% tego, co w ciąży...Jutro moja Niuńka kończy 11 miesięcy, i wiecie, jaka jest kochana? Dziękuję Ci, Panie Boże, za ten skarb!

sobota, 15 marca 2014

nie tylko grubi mają problemy

Chociaż bardzo długo tak myślałam, ale gdy jestem na pograniczu świata grubo-chudego, już zmieniłam zdanie. Co więcej, dzisiejsza rozmowa uświadomiła mi, jak życie innych może być podobne do mojego...
Napiszę bardzo ogólnie - dziewczyna ma 30 lat, w wieku 26 lat wyszła za mąż, zaszła w ciążę, w piątym miesiącu dowiedziała się, że jej dziecko ma bardzo poważną wadę serca, ale po konsultacji z wieloma profesorami, miała nadzieję, że po porodzie dziecko przejdzie operację i będzie żyło. Tak też się stało - miała cesarkę, chłopczyk przeżył 28 dni - na tyle długo, by zdążyła go pokochać. Opowiedziała mi wszystko - taką miała dzisiaj potrzebę - powiedziała, że ma tyle kłopotów (a ma-bo o nich też mówiła), że przez cały ten tydzień spała aż jedną noc. Dość, że w dwa lata po śmierci synka, urodziła zdrową córeczkę - nigdy nie zapomni tej chwili, gdy lekarz powiedział jej, że ma zdrowe serduszko. Teraz -  gdy patrzy na to dziecko - myśli sobie, że jej synek miałby już teraz 4 latka. (Teraz już mi samej łzy lecą). Powiedziała, że gdyby nie wierzyła w Boga, zwariowałaby - ale wierzy, że te wszystkie przeżycia były po coś, a teraz w niebie czuwa nad nią jej synek....
Dużo opowiadała też o swoich rodzicach - niedojrzałym emocjonalnie ojcu, podporządkowującej się mu w 100% matce, wiecznym ich niezadowoleniu ze swoich dzieci (nie wspomnę, że A. jest z 2 razy inteligentniejsza niż ja, skończyła bardzo trudne studia i sprawuje kierownicze stanowisko) - i znowu powstaje pytanie - gdzie jest dobrze? Czemu mi się zawsze wydaje, że inni mają super życie?
Ona ma bardzo dużo podobnych doświadczeń do moich, ale czemu ja jedzeniem sobie to nadrabiałam, a ona nie? Czy dorobiłam ideologię do obżerania się (kiedyś oczywiście, nie teraz). Ma wielki żal do ojca przede wszystkim - że nie "zwariował" na punkcie jej córeczki, że jej mama jest chłodna wobec wnuczki - zaraz pomyślałam o moich, którzy świata poza Kruszynką nie widzą i są o nią między sobą zazdrośni. Zapytała mnie też - czy nie sądzisz, że Twoja mama odbiera Ci dziecko? Nie, ja tego tak nie czuję - wiem, że mogę na nią zawsze liczyć. I dodam jeszcze, że chyba im wybaczyłam wszystkie ich błędy (ale nigdy ich nie zapomnę) - bez nich bym teraz zginęła (jakoś dałabym sobie radę, wiem przecież) - ale dobrze, że są (dziecka trzeba było, bym mogła to powiedzieć).

Moja dzisiejsza rozmówczyni powiedziała, że umiem słuchać. Tak, umiem - ale kto mnie słucha? Wy wszyscy:)

czwartek, 13 marca 2014

nie błąd, nie problem, ale cud!

No właśnie!

To powinnam sobie wydrukować na całą ścianę...
A tego nie muszę, bo jest obok mnie - kochana, ciepła, zawsze chętna do przytulenia, moja...
Co u mnie?
Nastrój w miarę normalny, płaczu już brak, waga dzisiaj rano 78.8 - idzie w górę, bo sobie za dużo pozwalam i jem za dużo - związane jest to oczywiście z brakiem motywacji do niejedzenia i głodzenia się, a powinnam schudnąć (niestety podświadomie tak nie uważam, bo to oznacza znowu głód i od tego uciekam) - już pod koniec kwietnia czeka mnie dość ważne wydarzenie, na którym powinnam wyglądać super - bo będzie pamiątka na całe życie (będę świadkiem na ślubie). Jest pretekst, by kupić nową sukienkę lub iść w starej, na której już byłam na weselu - a wyglądałam w niej tak -
Chyba za ciemna i za krótka - nogi to mój odwieczny problem, wiec z 5 cm w dół by nie zaszkodziło...I znowu sama na takiej imprezie - i już wiadomo co i jak...