Łączna liczba wyświetleń

sobota, 27 kwietnia 2013

ludzka szczerość

Wczoraj porozmawiałam sobie z jedną z moich przełożonych - ma około pięćdziesiątki, była kiedyś moją wychowawczynią, wzorem nauczyciela. Teraz jest tytanem pracy, niestety, tytanem - który chce, by inni też tak robili, chociaż nie chcą. Poza tym nikomu nie chce się starać, bo według niej wszystko jest zawsze nie tak i źle. Zresztą tylko to, co ona sama zrobi, jest coś warte.

Pani M. ma też skomplikowaną historię życiową - wyszła za mąż dość późno, małżeństwo z rozsądku, na pewno nie z miłości, urodziła córkę - która jest również bardzo ambitna, zdolna, odpowiedzialna - ja ją lubię. Sama jednak chyba nigdy nie spełniła się jako kobieta - wiecznie siwe włosy, zero makijażu, ubrania - teraz zdecydowanie lepsze niż za moich czasów. Fakt faktem - wygląda dość poważnie i kobiecości w niej nie zobaczysz. Ale...

Ucieka w pracę - stwierdziła, że to ona trzyma ją w pionie, nie pozwala zwariować i iść dalej - tylko dlaczego kosztem innych? Ja też chyba jestem pracoholiczką - do tej pory praca nadawała sens mojemu życiu, zmuszała do wstawania rano i nie poddawania się - zmuszała do życia. Tyle, że nigdy nie zmuszałam innych do robienia czegokolwiek - gdy kiedyś robiłam Socratesa, usłyszałam - rób sobie, co chcesz, ale nam daj spokój. Przyjęłam do wiadomości. W organie prowadzacym też usłyszałam - gdyby miała inne zainteresowania w życiu, nie zajmowałaby się "głupotami" - życzliwi powtórzyli. Więc mi przeszło - jak coś robię, to ja sama i dlatego, że ja tego chcę - stąd też nauczyłam się nigdy nie prosić nikogo o pomoc - zawsze wszystko sama - taka Zosia Samosia...
To niestety przekłada się też na inne sfery życia - podobno wszystko zawsze wiem najlepiej, zawsze samowystarczalna, zawsze wszystko sama...A ja nie chcę niczyjej łaski, litości, wypominania kiedyś...

Jeszcze dwa tygodnie i wszystko się odmieni - już niedługo napiszę - mam nadzieję...
A co z odchudzaniem? Na razie w stanie zawieszenia, ale w głowie nie ma godziny, bym o nim nie myślała - gdy widzę szczupłe koleżanki, serce się kraje, rośnie nienawiść do siebie i pewnie nigdy inaczej już nie będzie...Zobaczymy...

7 komentarzy:

  1. Miałam podobnie do Ciebie. W zeszłe wakacje wpadłam w pracoholizm i tyrałam po kilkanaście godzin dziennie. Teraz mam to gdzieś, nawet nauczyłam się prosić o pomoc. To nie jest takie trudne.

    Jedzenioholiczko! Ja wiem, że z tym odchudzaniem jest ciężko, ale smutno mi się robi, kiedy piszesz, że rośnie Ci nienawiść do siebie :(

    OdpowiedzUsuń
  2. poczekaj siedem lat - ja już tyle lat walczę - po roku też byłam cała w skowronkach...

    OdpowiedzUsuń
  3. poczekaj, za chwilę będzie się działo - ukoronowanie siedmiu lat walki z sama sobą...

    OdpowiedzUsuń
  4. a, i dodam, że uwielbiam piec, trochę mniej gotować, ale to dlatego, że nie chcę też jeść, bo najbardziej w świecie nie chcę i nienawidzę być gruba...

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten kto robi więcej niż inni jest niemile widziany... Dlatego takie głupie komentarze się pojawiały, a te "głupoty" to nasza praca (tez jestem nauczycielem) i miło jest coś robić dla uczniów "ponad normę". Bądź sobą.

    Śledzę Twego bloga i bardzo Cię lubię. I też mi przykro słyszeć, że masz taką niską samoocenę. Pomyśl o sobie jako o człowieku, niech waga nie determinuje Twojego życia.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ach ten pracoholizm... też mnie dopada a i wiem, że to strategia na zaspokojenie czegoś innego...

    OdpowiedzUsuń