Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 26 marca 2013

nie zdążyłam powiedzieć

Wczoraj umarła moja ciotka - właściwie kuzynka mojej mamy, ale żyłyśmy blisko...
A historia jej życia też pokazuje co nieco - warta jest opisania, bo zawarte jest w niej odwieczne pytanie - po co są dzieci?
Miała ich troje - G. (około 25 lat), T. (około 30 lat) i W.(37 lat). G. jak zdała maturę, wyjechała do Anglii, znalazła pracę i związała się z rozwiedzionym facetem, z którym żyje już pewnie ponad 5 lat - ma z nim cudownego syna, który jest do niej podobny jak dwie krople wody.  Jej partner wygląda jak wypisz wymaluj jej ojciec, ma około 45 lat i przypuszczam, że jest z nim szczęśliwa, skoro ten związek przetrwał tyle lat - on jest Anglikiem, poznałam go, gdy byłam u nich w Wolverhampton 3 lata temu - ja go nie polubiłam, ale to nieważne.

T. po ukończeniu szkoły średniej wyjechał do Francji, tam najpierw się ożenił z śliczną Francuzką z dobrego domu, ten związek nie przetrwał, obecnie żyje z kimś innym - do Polski zaglądał rzadko, ale pewnie dużą rolę odegrały tu złe stosunki z ojcem, a nie jestem też pewna do końca, czy - nie kiedyś - kłopoty z prawem. Teraz pracuje, to już wszystko przeszłość, ale Jego też odwiedziłam kilka lat temu w Paryżu i było wspaniale - tyle, że jeszcze wtedy panicznie bałam się ruchomych schodów i wychodzenie po tysiacach schodów w metrach pamiętam do dziś...

I jeszcze W. - z mojego roku - po skończeniu studiów pojechała na praktyki do Anglii, tam poznała Peter'a, który mieszkał w Johannesburgu, zakochała się w nim, wyjechała i od ponad 10 lat tam mieszka. Ma dwoje dzieci - ciotka z wujkiem kilka lat temu zaczęli tam jeździć na pół roku, przeżyli tam przygody ich życia - zwiedzili cudowne, afrykańskie miejsca, ostatnie święta na Mauritiusie - należało im się - zawsze ciężko pracowali, w Polsce żyli skromnie, to W. zawsze kupowała im bilety. Z takich ich wojaży zawsze coś mi przywozili - dlatego mam w swoim pokoju oryginalną, afrykańską maskę, kilka rzeźb i naszyjnik i kolczyki z prawdziwych pereł.

A teraz? Każde z nich już leci na pogrzeb swojej mamy - W. ma najdalej, ale ostatnio utrzymywałam z nią bliski kontakt, bardzo jej ciężko...Przed pogrzebem będzie jeszcze sekcja zwłok, ponieważ po powrocie do Polski ciotka spędziła kilkanaście dni w Poznaniu na Oddziale Chorób Tropikalnych (do końca nie wiadomo, czy zmarła na białaczkę, czy na malarię - która teoretycznie została wykluczona). W piątek przywieziono ją do Rzeszowa na hematologię, a wczoraj przez południem zmarła - a jeszcze rano dzwoniła do męża, ja rozmawiałam z nią w sobotę...
I nie zdążyłam jej powiedzieć, co się u mnie dzieje bardzo ważnego - szkoda, bo by się ucieszyła.
Taka życiowa historia bez happy end'u...

3 komentarze:

  1. czyli po co są dzieci? ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. by mieć dla kogo żyć i po co żyć!nawet, jeśli są tak daleko...

    OdpowiedzUsuń
  3. a ja mimo początku na ten happyend liczyłam.

    OdpowiedzUsuń