Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 23 grudnia 2013

świąteczne życzenia

Życzę wszystkim moim Czytelnikom spełnienia marzeń, walki o wyznaczone cele (lub ich podtrzymanie), nieprzytycia przez święta, chwil radości, przytulenia, ciepła i żeby za rok - w kolejne święta - każdy mógł powiedzieć - kilka moich marzeń się spełniło...


poniedziałek, 16 grudnia 2013

"peany" na temat mojego wygladu

Wczoraj i dzisiaj osłuchałam się tyle komplementów na temat swojego wyglądu, że postanowiłam o tym napisać, chociaż daleko mi do "samozachwytu", bo jakoś wewnętrznie nie jest mi wcale dobrze, a to, jak wyglądam, zeszło gdzieś na drugi plan, no ale...
Wczoraj weszłam do sklepu, gdzie pani sprzedawczyni wraz ze swoja klientką (kiedyś moją bardzo dobrą koleżanką) stwierdziła, że gdyby mnie zobaczyła na ulicy, nie poznałaby mnie na pewno, bo tak super wyglądam. Dzisiaj w moim miejscu pracy, ledwo weszłam do pokoju, już koleżanki skomentowały "super" wcięcie w talii i ładny biust, jedna z nich stwierdziła, że ważę tyle, co ona, a kolega - że jak mnie dzisiaj zobaczył od "tyłu", nie wiedział, że to ja, bo "pół Cię ubyło!". Miłe to wszystko, nie powiem, ale w ogromie moich problemów gdzieś to ginie...

Bo jaka jest tego cena? Ostra anemia - wg lekarza medycyny pracy - chociaż poszczególne wyniki są "prawie" na granicy normy - tylko ciut niższe od norm, ale wg niego - "jeszcze się Pani doigra!"
Wczoraj koleżanka, którą odwiedziłam z moją "Kruszynką" - zrobiła pyszny chleb czosnkowy w Thermomixie, do zakupu którego usilnie mnie namawia (na razie się nie daję, bo za dużo bym piekła i jadła) - też podkreśliła, jaka "chuda" jestem i że ona też musi się wziąć za siebie...
Jak się teraz czuję? Niby dobrze, zresztą uważam, że mogłabym ostatecznie ważyć 70 kg i wtedy byłby już koniec walki z nadwagą, ale uważam też, że gdyby "wycieli" zwisy z rąk, brzucha i nóg, to te 8 kg (teraz ważę 78 kg) by z tą operacją poszło.
Czy czuję się jak kobieta? Tak - ile "podrywów" zdarzyło mi się w ostatnim tygodniu - też było miło usłyszeć - "Nic nie szkodzi, że Pani na mnie wpadła - nie mam nic przeciwko" lub "Och, gdyby się tak do takiej kobiety przytulić, na pewno nie byłoby mi takie zimno". Moja mądra koleżanka mówiła, że mam prawo do takich odczuć, mam się cieszyć takimi wyrazami uznania, takimi zaczepkami, bo są naturalne i normalne (skoro przez 30 lat nie były i ich nigdy przenigdy nie słyszałam).
Ale czy moje życie to tylko wygląd? Nie, chociaż on wpływa na poczucie własnej wartości, poczucie kobiecości...

W dzisiejszej "Angorze" ukazał się zapis ubiegłotygodniowego wywiadu z Olafem Lubaszenko z programu Tomasza Lisa - bardzo mi się spodobał, bo ciężko było panu L. mówić o tym, jak traktuje się w Polsce ludzi grubych - mogę się podpisać w 100% pod każdym powiedzianym przez niego słowem - ja tego doświadczyłam sama przecież. Mówi tam też o tolerancji na "inność" - u nas jej nie ma - jaka tolerancja? Czy ludzie ukryją swój wzrok i pogardę? Nie da rady...Kto chce, niech przeczyta...


Tak sobie teraz myślę - wolałabym już więcej po tej ziemi nie chodzić niż wrócić do bycia grubą - czytaj: bycia gorszą, pomijaną, pogardzaną, wykluczoną społecznie, towarzysko, zakupowo...
PS. Moja koleżanka, która walczyła z nowotworem i tą walkę przegrała, powiedziała - choroba to dopiero tragedia, nie otyłość...

niedziela, 8 grudnia 2013

"tłuste dzieciństwo" nigdy się nie kończy...

Dzisiaj pozwolę sobie na umieszczenie fragmentów artykułu, który znalazłam kilka dni temu w necie - robię to, ponieważ byłam grubym dzieckiem i mogę się śmiało podpisać pod 99% tego, co jest w nim powiedziane - a czytałam go kilka razy...
Koledzy, nauczyciel i rodzina – wszyscy odpowiadają za to, że grube dzieci przeżywają koszmar. Ten zaś nie kończy się wraz z pozbyciem się tuszy. Grubasem jest się do końca życia. – Rodzic może się starać wychować dziecko w poczuciu własnej wartości, ale świat na to nie pozwoli – mówi Ewa Ulrich psycholog rozwojowy.

Dziecko, które tak wygląda, nie może czuć się dobrze. Jest wyśmiewane i ma niskie poczucie własnej wartości. – Świat jest tak zbudowany, że lubimy ludzi ładnych – mówi Ewa Ulrich, psycholog rozwojowy. Grube dzieci czują się gorsze, a złe samopoczucie starają się zrekompensować kolejnymi porcjami jedzenia. – Bardzo często cierpią na zaburzenia jedzenia, które mogą przerodzić się w anoreksję, bulimię lub problemy metaboliczne. Nieprawidłowe żywienie jest jedynie początkiem, który z czasem przeradza się w problemy psychologiczne – mówi ekspertka.
Trauma nie znika Grube dzieci pozostają nimi na zawsze. Nawet jak się "wyciągną", co wielu rodzicom wydaje się być jedynym sposobem na walkę z nadwagą swoich dzieci, byciem grubym za młodu na zawsze pozostanie w świadomości człowieka. – Znam sporo dorosłych ludzi którzy wyrośli, ale w głowie są dalej grubi. To zostaje z dzieciństwa, czy nam się podoba, czy nie – mówi Dorota Zawadzka.
Blogerka naTemat uważa, ze grube dzieci są traktowane jeszcze gorzej niż niepełnosprawni. – One mają potężny problem. Badania pokazały, że w grupie rówieśniczej to właśnie grube dzieci są najbardziej atakowane. "Gruby" jest zawsze wybierany jako ostatni do wspólnej zabawy. Grupa go odrzuca, w obawie że sobie nie poradzi, będzie wolno biegać lub ślamazarnie poruszać.
Jednak nie tylko rodzice odpowiadają za otyłość dzieci. Jak mówi psycholog rozwojowy Ewa Ulrich, czasami źródło otyłości leży zupełnie gdzie indziej. – Niektórzy traktują jedzenie niczym ofiarowanie miłości. Mamy często skarżą się, że babcie czy inni członkowie rodziny "przekarmiają dziecko". To efekt tego, że kiedyś dostęp do jedzenia nie był tak łatwy jak dziś i karmienie miało wyraz emocjonalny. Pokazywało, że dbam o rodzinę, kocham ją i zdobywam dla niej pożywienie.


Ewa Ulrich dostrzega starania niektórych rodziców, którzy robią naprawdę wiele, aby wychować swoje otyłe dzieci w poczuciu własnej wartości. Jej zdaniem jednak, nie da się powstrzymać społecznego ostracyzmu. – Rodzic może się starać wychować dziecko w poczuciu własnej wartości, ale świat na to nie pozwala. Brak akceptacji wśród dzieci jest bardzo wysoki, środowisko ma odmienne oczekiwania dotyczące wyglądu osoby – mówi psycholog.
Grubszy uczeń jest gorszy
Gdy zadzwoniłem dziś do Doroty Zawadzkiej, spacerowała właśnie po plaży. – Spoglądam na dzieci i większość z nich to toczące się kuleczki. Jeszcze nie otyłe, ale już z nadwagą – mówi psycholog rozwojowy. Blogerka naTemat wspomina, gdy była psychologiem na kolonii dla dzieci z otyłością. Największą przeszkodą w zrzuceniu kilogramów podopiecznych byli ich rodzice. – Najbardziej dramatyczne było to, że dowozili swoim dzieciom słodycze podczas odwiedzin. Oni wychodzą z założenia "jest głodny, to niech zje". A jak dziecko ma rozciągnięty żołądek, obowiązkiem rodzica jest powiedzenie stanowczo "NIE" – mówi Dorota Zawadzka.

Nie bez winy są również
nauczyciele, którzy powinni stać na straży równego traktowania grubych dzieci. – Niektórzy nauczyciele mówią, że grube dziecko w klasie budzi w nich pewien mechanizm. Wydaje im się, że jak dziecko jest otyłe, to również wolniej się rozwija i wolniej myśli, a przez to gorzej się uczy. Grube dzieci są podświadomie oceniane przez niektórych nauczycieli jako gorsze, a to bardzo niesprawiedliwe – mówi Dorota Zawadzka.

Dominika Wernio uważa, że nie ma złotego środka, który pozwoliłby zapomnieć dorosłemu człowiekowi i dziecięcym koszmarze spowodowanym nadwagą. Jak mówi, każdy przypadek trzeba rozpatrywać indywidualnie. – Dowiedzieć się co to dla kogoś znaczyło, że był otyły, dlaczego i co takiego tym nadmiarem pokarmu  „zajadał”? Czego mu brakowało, jakie trudne czy nawet traumatyczne przeżycia zapisały się w jego psychice w związku z tym problemem. Wreszcie połączyć to wszystko ze sferą emocjonalną i motywacyjną i zobaczyć jaki tam pozostał ślad – mówi naTemat psychoterapeuta.

co u mnie? waga 78.3, jutro - po 7 miesiącach - powrót do "rzeczywistości" - i moje Szczęście śpiące obok!

sobota, 16 listopada 2013

związki osób otyłych w telewizji

W tym tygodniu obejrzałam jak zwykle kilka programów i odnoszę wrażenie, że coraz częściej widoczny jest temat osób z nadwagą. Na przykład dzisiaj w programie na Polsacie o ślubach, nie pamiętam tytułu, super laska chce wyjść za mąż za przystojnego faceta, który ma nadwagę. Robi to tylko dlatego, że on jest zamożny, spełnia jej zachcianki, ale gdy ona się upija, przypadkowo wygarnia mu, że jest gruby i powinien liczyć kalorie. Później prawda wychodzi na jaw, on idzie na siłownię i jego wzrok ląduje na kobiecie z kilkoma nadprogramowymi kilogramami - czyli według twórców programu - kimś odpowiednim dla niego...

W serialu "2XL", który jest zapewne oglądany przez większość czytających mojego bloga, Laura - zdradzona przez przystojnego męża - umawia się z równie przystojnym mężczyzną, który okazuje się być facetem "do towarzystwa" - jakże by inaczej? Czyli znowu niepowodzenie...
Czemu wszyscy - lub przynajmniej większość - jesteśmy wzrokowcami? Moja koleżanka K. powiedziała, że ja sama muszę mieć przystojnego i że wygląd jest dla mnie bardzo ważny i nie daj Boże, żeby był gruby - ona jak zwykle jest szczera ze mną aż do bólu i widać, do czego te moje typy mnie zaprowadziły...Ale czy mamy na to wpływ, że ktoś nam się podoba? Przecież musi iskrzyć, bo inaczej chyba nic nie wyjdzie...Jeden z moich kolegów stwierdził, że ta iskra może się pojawić i później, ale czy się pojawi, jak jej nie było od początku? Raczej nie, chociaż moje doświadczenie jest na prawdę niezbyt duże...

U mnie codzienność - dom, dziecko, zajęcia, już niedługo "brutalny" powrót do pracy i kolejne problemy i nerwy w związku z tym. Waga - równiutkie 80 kg dzisiaj rano - utrzymanie jej, by nie rosła, też mnie dużo kosztuje. Już nie powiem, że powinnam schudnąć, bo to nic nie da, ja wiem, że gdybym schudła te 10 kg, wyglądałabym lepiej, ale czułabym się pewnie tak samo - w końcu mogę to powiedzieć. Nie wiem, czy to kiedyś nastąpi, bo teraz - w obliczu tysiąca innych spraw - obsesja odchudzania odeszła na dalszy plan, w końcu teraz nie jest źle!  Ale gdyby się udało, fajnie by było...
Jeszcze tak może z 30 lat pożyję i jeszcze tyle lat będę musiała zaczynać każdy ranek od ukłonu do podłogi - wiadomo czemu...skoro kłaniam się już 7 lat, to co tam kolejnych 30...Dam radę:)    
 

poniedziałek, 28 października 2013

piątek, 25 października 2013

"Bez tajemnic" do obejrzenia

Do 31 grudnia można za darmo obejrzeć I i II sezon "Bez tajemnic" na HBO GO. Ja uwielbiam ten serial, dlatego polecam go na moim blogu. Link tutaj

 

sobota, 19 października 2013

mądrzy ludzie

Mam do nich słabość - bo lubię inteligentnych, oczytanych, rozsądnych, wychowanych i dobrych - i mam ich na prawdę wielu obok siebie - jako znajomych, kolegów, koleżanki...

Rano porozmawiałam z 17-letnim chłopakiem (w takim wieku też można być mądrym:)) - pisałam już o nim kiedyś na blogu - to ten, który mi powiedział, że nie ważne, co myślą ludzie, mi ma być dobrze z tym kimś - a dzisiaj opowiadał mi o swoim bracie, któremu troszkę wystaje brzuszek, potem rozmawialiśmy o Justynce, mojej "schizie" na temat jedzenia - Pani jest teraz taka drobniutka (już bym go za to wyprzytulała) i musi Pani też mądrze dziecko odżywiać, ale JA się o to nie martwię, bo Pani wie, jak to robić (jak chłopak we mnie wierzy:) - chociaż nie wiem, ale się uczę...
Po południu odwiedziła mnie koleżanka ze swoim chłopakiem i padłam z wrażenia - chłopak około 26-27 lat, przystojny, pachnący, mądry, pochwalił mojego placka (niewypał nota bene, bo mi za bardzo zależało, by się udał), rozmawiał ze mną jakby mnie znał od lat, a podejście do dziecka - wow...- od razu widać zadatki na dobrego ojca - ponosił ją, pobawił się, porobił "głupie miny", potrzymał, wykazywał zainteresowanie jej codziennością- jednak tacy faceci istnieją...Gdy poszedł ze swoją A., nie omieszkałam jej napisać, jakie wrażenie na mnie wywarł...A. tyle mi o nim opowiadała, że sama wysunęłam propozycję, by z nim przyszła (chciała najpierw sama). A. na niego w pełni zasługuje, sama przeszła dużą przemianę w swoim życiu (przemianę charakteru, nie wagi, bo zawsze była szczupła) i fajnie, że jest z TAKIM facetem...

A wieczorem - po wizycie W. - zapytałam siebie - czemu tkwię w tym "związku telefonicznym"? Czy dziecko wszystko usprawiedliwia? Wiem, miłość jest ślepa, a ja zaczynam powoli widzieć...A co będzie, jak klapki opadną całkowicie? Zostaną Ci znajomi, koleżanki, koledzy...
...czyli jestem inteligentna!

piątek, 18 października 2013

się spełniło kolejne marzenie...

Nadszedł wyczekiwany moment - waga dzisiaj rano wskazała

79.9 kg
Tak długo czekałam na ten moment - i jak zwykle - nie sądziłam, że się go kiedyś doczekam...
Pewnie jutro będzie więcej - ale dzisiaj jest tyle i ...SUPER!

poniedziałek, 14 października 2013

wesoło poweselnie

W tą sobotę byłam na weselu mojej koleżanki, P. Znamy się ponad 10 lat, kiedyś uczyłam ją angielskiego przed maturą, a potem - jak to często bywa - stała się  moją koleżanką. Łączą nas też pewne więzy rodzinne - taka siódma woda po kisielu -ale najważniejsze są wspólne tematy i wspólne przeżycia.

Poszłam z moim "związkiem telefonicznym" i bardzo dobrze, że z nim poszłam. Inaczej siedziałabym jak Ci, którzy przyszli sami - siedzieli, od czasu do czasu zatańczyli, jedli, pili, rozmawiali. A ja? Przeżyłam chyba najlepsze wesele w moim życiu, bo takiego Tancerza to ze świecą szukać - nie na darmo jego granie w orkiestrach przez ponad 10 lat (nota bene - ja sama zawsze chciałam śpiewać w takim zespole, ale brakło mi odwagi, by to zrobić);
Moje umiejętności taneczne nazwałabym bardzo przeciętnymi, ale że bardzo dobrze prowadził, to szybko się dopasowałam - buty na obcasie dosłownie spadły kilka razy, potem pojechałam nakarmić moją Kruszynkę, przebrałam buty i było o niebo lepiej. A dzisiaj to dopiero nogi bolą...W każdym bądź razie, gdy żegnaliśmy się z młodą parą, pan młody stwierdził, że rozkręcaliśmy całą imprezę...Czasami było tak, że na podłodze było dwie pary (w tym jedną stanowiliśmy my)...Ania, moja koleżanka anglistka stwierdziła, że W. jest fajny i świetnie tańczy i że ona by się z nim bała zatańczyć, bo tak wywija...Ja się też bałam, ale wyjścia nie miałam - przesiedzieć całe wesele? O nie, tym bardziej że ja też to lubię, ale do tej pory okazji to za wiele nie miałam...

Jak się czułam? Super - chociaż jak zwykle codzienność pozostawia bardzo wiele do życzenia, ale na weselu czułam się ładnie, atrakcyjnie, i prawie - pełnowartościowo...prawie...Kupiłam szaro-czarno-zieloną sukienkę, włosy miałam zrobione na "mokrą Włoszkę", buty na obcasie, paznokcie, makijaż - mój krakowski kolega stwierdził, że mógłby mnie zg...Cóż to za komplement:)
A po weselu nastąpiła codzienność i dzisiaj przyszło pytanie - czy miałam prawo się cieszyć? Tak, bo jak mówi(ła) moja mądra koleżanka, nie umiem tego robić, i muszę się tego uczyć - lub jak ona mówi - musisz dać sobie prawo do poczucia się szczęśliwą od czasu do czasu - i wtedy sobie dałam takie prawo:)
Prawo do chwili bezmyślności, spontaniczności i uśmiechu na twarzy - chociaż na chwilę...

czwartek, 19 września 2013

smutno, a nie powinno...

Tak mi jakoś źle dzisiaj - dziecko śpi obok, telefoniczny związek regularnie podtrzymywany - żyje swoim życiem, a ja?
A ja - spotkałam się dzisiaj z dwiema koleżankami - i ile się komplementów nasłuchałam...Włącznie z tym, że jestem mądra, inteligentna, odpowiedzialna i...ładna!
Wiecie, czemu mnie tak to dziwi? cieszy? nurtuje? - bo ja przez 30 lat tego nigdy, przenigdy nie słyszałam! W jakim domu ja się wychowałam?  W takim, w którym się tego nie mówiło, bo? Bo się nie zasłużyło? Nie wiem - przecież nagle nie stałam się inteligentna? Co do wyglądu - dobra, zgodzę się - nie zasługiwałam wtedy na to, a teraz? Raz jest lepiej, raz gorzej-ale źle nie jest...Kto chudy, pewnie tego nie zrozumie, ale kto gruby był i schudł pomyśli - mam to samo...Jak przyjemnie jest złapać faceta wzrokiem, który się na Ciebie patrzy - tak stało się dwa razy dwa dni temu...Obaj starsi, obaj nie w moim typie, ale to na prawdę nieistotne...Jeszcze 7 lat temu (jakie to były te lata - tłuste czy chude? Chyba tłuste, bo przez 7 lat przeżyłam więcej niż przez 30...) wszyscy bez wyjątku patrzyli na mnie, bo byłam najgrubsza na ulicy! Teraz nikt nie patrzy już tak, co najwyżej - bo się fajnie ubiorę, fajnie wyglądam lub wzbudzę zainteresowanie! Jejku, jakie to fajne!
 
Ale czy jeszcze kiedyś uwierzę, że można mnie kochać? Nie wiem, ale wiem - że dziecko daje miłość bezwarunkową i nie ma nic przyjemniejszego niż przytulić się do Niej, powąchać, wycałować, ponosić, obudzić się obok Niej, mieć Ją, mieć dla kogo żyć...
Dlaczego moje życie było takie ciężkie? Dlaczego musiałam być gruba, cierpieć tyle przez to, czemu nie schudłam jak miałam 20 lat, tylko ponad 30? Dlaczego nie mogę mieć normalnego życia?
Bo chciałabyś za dużo! - słyszę od tych, z którymi żyję blisko - co Ty myślisz, że ja mam życie usłane różami? -mówi dyrektor jednej z firm ubezpieczeniowych, ojciec piątki dzieci, super facet, przyjaciel od dobrych 10 lat...koleżanka z Krakowa, matka dwójki dzieci, żona fajnego męża...jeszcze by masę takich osób wymieniać...ale ja sobie zawsze myślę, jak to mi jest źle, a innym - jak dobrze - ale przecież tak nie jest...

Nawet to dzisiejsze spotkanie - jedna koleżanka - matka czwórki dzieci, mieszka w nie za fajnych warunkach, mąż sobie mieszka sam u matki, a ona właśnie dwa dni temu miała zabieg na "babskie sprawy" i tyle dla mnie zrobiła w sensie psychicznym -  gdyby nie ona, nie byłoby ani prawa jazdy, ani mojej Kruszynki...Druga koleżanka, znajoma mojego "telefonicznego związku", której robiłam tłumaczenie, rok młodsza ode mnie, matka ...ga dzieci, z czego dwoje głuchych, bo mąż ją bił, zanim się z nim rozwiodła-ale dalej szuka swojego szczęścia w życiu i się nie poddaje...Ale wg mnie one też mają lepiej - a nie mają! Kiedy nauczę się doceniać to, co mam? Doceniam (bo jest obok mnie, bo widzę, że nie ważę 150 kg, bo coś tam w tym życiu mam)-ale chcę więcej-nic materialnego, teraz - tego nienamacalnego, ale tego, czego się czuje...
Doczekam się?
ps. Wiem, że mam bzika na punkcie dzieci! Ale lepszy taki bzik niż na punkcie jedzenia!

piątek, 6 września 2013

2XL - przemyślenia

Wczoraj obejrzałam pierwszy odcinek nowego serialu pod tytułem umieszczonym w poście - wrażenia mieszane - przecież to serial, ale...

Mamy dwie główne bohaterki - panią dietetyczkę, która niby pomaga odchudzać się, a sama zajada emocje oraz panią pracującą w laboratorium, która jest bardzo ambitna, dużo osiągnęła w sferze zawodowej, jest ładna, zadbana, ambitna, pracowita, ale sama...Gdy nowy współpracownik próbuje okazać jej zainteresowanie, odrzuca go oficjalnie, bo kto przy zdrowych zmysłach mógłby się nią zainteresować? Ale podświadomie on też wpadł jej w oko...(mi też:)
Niby to film, ale pewne zachowania są oczywiście nie tylko typowe dla grubych, ale i dla mnie - co działa lepiej na uspokojenie niż coś słodkiego? Mam to samo, jeść mogę nie jeść wcale, ale słodkie jako tabletka uspokajająca jak najbardziej - teraz tylko lody, bo od reszty trzymam się z daleka...
W sobotę kolejny program o odchudzaniu, bodajże na Polsacie o 17.45 - tym razem to coś na kształt reality show, kalka programów dostępnych od dawna w ofercie telewizji cyfrowej, tym razem w polskich realiach. Będę tam miała okazję zobaczyć tam siebie, o ile będzie ktoś, kto waży 150 kg - tego jeszcze nie wiem...Ja to mam "zboczenie" na tle takich programów...

Co u mnie? Związek telefoniczny ma się bardzo dobrze, po poważnej rozmowie dwa tygodnie temu, że mam tego wszystkiego dość i że to koniec, nastąpiła bardzo duża poprawa w stosunku do mnie, bo do dziecka jest i było od początku ok, zobaczymy co będzie dalej - ja i tak mam dość...To nie po mojemu, ja taka nie jestem, ale co zrobić - jakoś trzeba żyć...
Poza tym powoli wracam do swojej pracowitej rzeczywistości, mózg się trochę zajmie innymi rzeczami, nie tylko rozważaniem, co by było gdyby...Robiliście sobie kiedyś test Dalaj Lamy (mam nadzieję, że napisałam dobrze, jeśli nie, to przepraszam:)) Łatwo go znaleźć w necie jako prezentację w PowerPoint - mi wyszło, że najważniejsze dla mnie są: 1. pieniądze 2. kariera 3.rodzina 4.duma 5. miłość (nie za dobrze to o mnie świadczy, ale ambicja to u mnie jest i zawsze była...) I jestem wierna, mój partner jest miły (jest, jest...)wróg - obrzydliwy, seks - przepyszny i uzależniający (bo wybrałam kawę - odpowiednik seksu) i że mam niebezpieczne życie (teraz tak)

I chce mi się żyć, chociaż tyle problemów...A moja Kruszynka daje mi siłę, by z nimi walczyć...

sobota, 24 sierpnia 2013

wizyta po roku

W tym tygodniu, znowu pod wpływem mojej koleżanki Kingi, odwiedziłyśmy wróżkę  wierzyć, nie wierzyć, mam dość mojej obecnej sytuacji, chciałam pocieszenia i podpowiedzi, co robić dalej...
Po około 45 minutach dowiedziałam się, że mam w moim życiu dwie drogi do wyboru - albo żyć z ojcem mojej Kruszynki i byłoby jak teraz (do niczego nota bene), ale mieć drugie dziecko (na które mam ostatnio straszne parcie - odezwały się ukryte pragnienia?), albo skończyć to na dobre (o ile samo już się nie skończyło) i czekać na tego, który jest mi pisany, ale już bez drugiego dziecka. Poza tym szczegółowo opisała moją sytuację w moim obecnym "związku telefonicznym", co jednak nie nadaje się na pisanie na blogu...Z tym drugim przynajmniej czekałby mnie jakiś formalny związek, co zdecydowanie wolę, bo obecnej sytuacji mam już serdecznie dość psychicznie...teraz chciałabym powrotu moich "urojonych" problemów z okresu samotności, bo tych obecnych i jak najbardziej realnych - już nie chcę...

Ale coś optymistycznego teraz - jutro robię połączone moje urodziny, imieniny i urodziny mojej Kruszynki, która 28 sierpnia skończy 4 miesiące i która nadała sens mojemu życiu - jejku, jak ona cudownie pachnie i jak dobrze ją mieć! Upiekłam tort, sernik i zrobię jeszcze sałatkę - będzie miło:)

Przeczytałam swój wpis z ubiegłego roku, gdy byłam u tej samej wróżki - w sumie spełniło się coś tam z tego, co wtedy powiedziała - dziecko na pewno się jej spełniło, ślub nie, ale co do faceta - też jak najbardziej...Co spełni się z tego, co powiedziała teraz? Kilka dni temu obejrzałam też program o wróżeniu - wg prowadzącego faktem jest to, że po wysłuchaniu takich czy innych "przepowiedni" nasz mózg się na nie programuje podświadomie i nasze działania (już świadome) idą również w tym wyznaczonym kierunku...
A Kinga? Przynajmniej dowiedziała się pozytywnych rzeczy, właściwie samych pozytywnych, a ja? - sama jestem sobie winna...
Czy na pewno?
Muszę coś zrobić z moim życiem, bo inaczej popadnę w jakąś nerwicę - dzisiaj pół nocy nie spałam...

sobota, 17 sierpnia 2013

Happy Birthday!

Dzisiaj kończę 37 lat - miał być refleksyjny post, ale mam za dobry nastrój dzisiaj, by taki był....
Jestem sama (a może nie? - sama nie wiem), ale nie samotna...
Moja kochana Kruszynka dała mi powód, by żyć - więc żyję, i to jak żyję!
Dziękuję...

czwartek, 15 sierpnia 2013

7.07.1994

Wtedy zrobiłam pierwszy wpis w pamiętniku, który od czasu do czasu uzupełniam już od 19 lat...Przeczytajcie, jakie miałam myślenie w wieku 18 lat.
Obiad: noga z kury smażona, 6 łyżek ziemniaków tłuczonych, buraki
za chwilę:zjedzone po bracie 5 łyżek ziemniaków i noga z kury, kawałek placka
potem: znów kawałek kury, buraki, talerzyk sałaty jarzynowej, 2 kromki chleba z masłem i z kiełbasą, 3 kawałki placka, kubek lodów, 3 szklanki wody z sokiem, 2 jaja na twardo

Czuję się okropnie, zaczynam odczuwać swoją tuszę. Widzę te wszystkie szczupłe dziewczyny i też chciałabym wyglądać jak one. Nie ruszam się wcale, nie chce mi się iść do krawcowej ani do Gośki zrobić sobie włosy, chociaż wybieram się do niej od dwóch tygodni. Jeżeli Agnieszka w najbliższym czasie wyjdzie za mąż, to nie wiem, czy pójdę na to wesele, bo i po co. Za pół roku studniówka, nie mam chłopaka, ważę ponad 120 kg chyba, lepiej się nie ważyć i nie wiedzieć. Mam tylko nadzieję, że zmieszczę się w ławce w sali biologicznej. Miałam iść dzisiaj do Anki, ale jak zwykle mi się nie chciało. Jej to dobrze, jest szczupła, ładna, luzacka, ma chłopaka, świetną mamę i figurę.
Zastanawiam się, jak to jest z tym moim jedzeniem, nie jestem głodna, ale to robię, dlaczego?
Oto powody:
- nie mam prawdziwej przyjaciółki, której mogłabym się zwierzyć;
- nikt się mną nie interesuje;
- w domu robię jak służąca i tak mnie traktują;
- mama, a tym bardziej tato, nigdy nie powiedzieli, że mnie kochają, bratu też tego nie mówią, ale okazują mu to jakoś;
- moje życie codziennie jest takie same, nudne i nie interesujące;
- nie nawidzę siebie, bo mam bardzo słabą wolę;
(...)Moja otyłość to zamknięty krąg. Jeszcze jedną z jej przyczyn jest ciągłe przebywanie w kuchni. Zaczęłam się odchudzać przez jakiś tydzień, może trochę ponad. Starałam się jeść tylko obiad, tzn. ziemniaki krojone z mizerią, jednego ranka wkurzyłam się i zjadłam dwie bułki, potem miałam wyrzuty sumienia, że to zrobiłam. Oprócz tego piłam zioła. Ale gdy mama miała dwa tygodnie urlopu, wszystko wróciło do tzw. normy.

Dla porównania jedzenie dzisiaj:
Rano - 3 steropiany kanapki plus 3 ogórki korniszony, na II śniadanie 4 sucharki bez cukru plus serek Danio light, na obiad 2 ziemniaki plus ogórek świeży plus udko w jarzynach, jabłko i na kolację zjem musli z mlekiem 0,5% - nie mówię, że to zdrowe, ale popatrzcie na kaloryczność...Wtedy to żarłam...

Za dwa dni kończę 37 lat - będzie wpis...

sobota, 20 lipca 2013

w Twoim domu widać życie!

Wczoraj odwiedziła mnie koleżanka, którą lubię, bo jestem z nią szczera aż do bólu i która umie mówić o wszystkim...Po dłuższej rozmowie i omówieniu sytuacji każdej z nas stwierdziła, że wreszcie w moim domu widać życie, bo już nie jest sterylnie wszystko poskładane i posprzątane - na półce nad łóżkiem kremy, sól fizjologiczna, aspirator, pampersy, chusteczki i 3 książki, w tym przywieziona wczoraj od dziewczyny mojego brata "50 twarzy Greya", którą mam się nie "zboczyć" - bo po prawie trzech miesiącach wracam do ukochanego czytania - gdy karmię...
widok w łóżeczku

W łazience też nie lepszy porządek - tam wanienka, gąbki, płyny, mleczka, masa moich kosmetyków, wszystko na półeczkach i koszyczkach - w zeszłym tygodniu szukałam szafki, coś znalazłam, ale nie kupiłam ze względu na cenę - może w tym tygodniu zmienię zdanie, bo dostanę w końcu pieniądze z projektu? Ja też nie lubię domów ze sterylnym porządkiem, bo nie ma w nich życia - w moim już teraz ewidentnie jest! Nie wspomnę też o łóżeczku z miśkami, lampie obwieszonej pozytywkami, itd...Ale coś się dzieje! A moja Kruszynka lubi patrzeć na czerwono-szare grafiki Londynu zawieszone nad łóżkiem - gdzie na pewno ją kiedyś zabiorę!
prezent
 

Wracając do czytania - w ramach powrotu do normalności kupiłam dwie książki - "Rok na końcu świata" Renaty Adwent oraz - skuszona nazwiskiem - "Trochę większy poniedziałek" Katarzyny Grocholi. Co do pierwszej - pochłonęłam ją chyba w trzy dni maksymalnie, podkreślając sobie kilka ciekawych spostrzeżeń i przemyśleń - książka super się czyta, ma akcję, dużo mi dała, opowiada o trzydziestolatce, która - zakochana - odchodzi od swojego faceta, by szukać siebie i sensu w życiu - i go znajduje...Książka Grocholi? Jezu, "zmękoliłam" z 30 stron, najgorsza z nią napisanych, zlepek opowiadań o wszystkim i o niczym, jakby fragmenty jej poprzednich książek przedrukowane...Nazwisko zawiodło!
I jeszcze cytat z "Roku na końcu świata" - jak nic tyczy się mojej sytuacji!
"To nie mogło się dobrze skończyć - źle się zaczęło, z niewłaściwych powodów i w niedobrym momencie. Głupio uwierzyłam, że da się posztukować, sklecić zaangażowanie, a co gorsza, to w ogóle nie wiedziałam, po co mi to było..." - to o moim związku wypisz wymaluj...i jeszcze jeden - może bardziej trafniejszy, który opisuje, co się dzieje teraz - "Gdy nie kończysz czegoś, co nie ma u Ciebie szansy, to tworzysz więź, relację z czystego egoizmu, która jest zwyrodniałym mutantem miłości, ale bardzo żywotnym, bo opycha się nadzieją jak dziecko cukierkami" - moja się opycha godzinami rozmów, z których nic nie wynika...
przed moim domem - ale w tle nie mój dom...
 

Ale - "miłość też nie jest idealnie piękna, bez skazy, bez ckliwego filmu. Ma rysy i pęknięcia, nierówności i ostre krawędzie, rani i leczy..." - i jak tu nie kochać tej książki?
Waga: 83,0 wczoraj rano...

poniedziałek, 1 lipca 2013

już po chrzcinach

...bo odbyły się one 22 czerwca, czyli prawie już tydzień temu. Było dużo nerwów wcześniej, ale było i to!
Prawda, że ładny? I na dodatek jeszcze bardzo dobry!
Tak sobie myślę, że mój blog teraz już się całkiem poodmieniał - kiedyś był przede wszystkim o mojej walce z uzależnieniem, ale teraz? Teraz jest o moim innym stanie ducha - szczęściu? Daleko do pełni szczęścia, ale wewnętrznie - spełniło się po części to, do czego odchudzanie służyło i do czego miało doprowadzić...
A co z uzależnieniem? Jest, ma się dobrze, jak najbardziej - na przykład wczoraj...Byłam u mojej ciotki na imieninach, jej syn zrobił grilla, zjadłam kawałek kiełbasy z kromką chleba, ale wyrzuty sumienia dręczyły do samego wieczora - i nieustająca myśl - po co ja to jadłam? Przecież na co dzień jadę na "steropianie", ale to było tak zwane "zbycie bóla"...
 
Kilka dni temu, jak miałam wewnętrzną "nerwicę", zjadłam czekoladę, którą dostałam z okazji zakończenia roku szkolnego - pomogło na godzinę, ale konsekwencje? Moja Kuszynka przez dwa nie mogła zrobić kupki...Bardzo mądrze z mojej strony i nauczka na przyszłość - dlatego w domu zero słodkiego - jak u alkoholika zero alkoholu...
Ciotka wczoraj stwierdziła, że M. (jej syn), nie je korniszonów, bo zapach octu przypomina mu zapach alkoholu (od 5 lat nie wziął kropli alkoholu do ust, bo zaczynał mieć z tym problem). Ja powiedziałam, że i tak mam gorzej, bo on nie musi pić np. 3 kieliszków wódki dziennie i tyle, a ja muszę mój "narkotyk" jednak spożywać - a moja abstynencja trwa już prawie 7 lat. Efekt? Waga dzisiaj 83,8, a nie dwa razy tyle...

Jakie jest teraz moje życie? Wszystko mi się chce, wszystko ma sens, wszystko jest po coś, a w domu pełna sielanka...Mama z tatą zakochani w Justynce, kompletna odmiana ze strony ojca, ale czy może to dziwić? Jak nie kochać kogoś, kto teraz śpi sobie najedzony obok mnie, pachnie "dzieckiem" i jest moja? Nie da rady:)
Teraz od nałogu ważniejsza jest Ona, ale nałóg będzie zawsze...Pamiętacie kiedyś takie zdanie? Nałóg jest jak cukrzyca - walczysz z nią każdego dnia, ale da się z nią żyć...
Jeszcze tylko jednej rzeczy chcę zaznać w życiu - chyba domyślacie się, jakiej? Nieosiągalne stanie się osiągalne?