Łączna liczba wyświetleń

piątek, 21 grudnia 2012

powigiljne refleksje

Chociaż prawdziwa Wigilia dopiero w poniedziałek, dzisiaj juz wzięłam udział w pierwszej - ze swoją klasą. I mam w związku z tym bardzo mieszane uczucia - teoretycznie było fajnie, podzieliliśmy się opłatkiem, zjedliśmy rybę, pierogi, pyszne ciasta, pośpiewaliśmy kolędy. Jest też pewne "ale" - zastanawiam się, czy gdybym pierwsza nie podeszła, ktoś podzieliłby się ze mną opłatkiem? Potem kilka osób podeszło samych, ale ja zaczęłam...Pewien chłopak nawet nie spoglądał w moją stronę, ja zaraz wyczułam, że nie chce się dzielić, chociaż wydaje się, że się lubimy - pewnie się tylko wydaje...

Potem klasa poszła sobie robić zdjęcia na salę gimnastyczną - niestety nikt mnie nie poprosił, bym im towarzyszyła. Poczułam się z tym bardzo niemiło. Skłania to też do refleksji po prawie 15 latach bycia nauczycielką - gdy przyszłam do pracy, kilka lat zaledwie starsza od coniektórych uczniów, nie wiedziałam nic - jak uczyć, jakie relacje budować z klasą, jak utrzymać dyscyplinę, jak wymagać, a teraz? Czas i życie wszystko zweryfikowały - ja nauczyłam się uczyć, wyrobiłam sobie "jakąś tam" renomę (lub tylko mi się tak wydaje), nie mam raczej problemów z dyscypliną - bo niestety część uczniów się mnie boi, zmuszam do uczenia się - no ale...Stałam się taka, jaka nigdy nie chciałam być - gdy zaczynałam pracę w tym zawodzie, nie chciałam być nauczycielką, której uczniowie się boją, bo gdy sama byłam uczennicą, nie lubiłam tych, których się bałam. I stało się - taka teraz jestem...Dobrze czy nie? Nie wiem - i tak, i nie - za dużo odpowiedzialności, by sobie pozwolić na inny wybór - ciągłe rozliczanie z wyników egzaminów zewnętrznych zrobiło swoje...Szczęśliwy ten, kto nie ma takiego "bata" nad sobą...

Na potwierdzenie moich dzisiejszych przemyśleń, jeszcze jeden fakt - wczoraj moja była uczennica rozmawiała  na mój temat z chłopakiem, którego ja nie uczyłam. Otóż powiedział on jej, że specjalnie napisał test "na wejście" gorzej, bo się bał, że będę go uczyć, a on wolał spokojnie przebrnąć przez szkołę. I że jestem za ostra i potrafię krzyczeć. Oto czego się doczekałam...
Jaka powinnam być? Nie wiem - każdy kij ma dwa końce...

3 komentarze:

  1. Ja tam lepiej wspominam te "kosy" na które marudziłam podczas nieprzespanych nocy czy wieczorów nad książką. Opłaca się bo wyniki testów czy egzaminy po zajęciach u takich nauczycieli-wynagradzały godziny spędzone nad przedmiotem i marudzeniu na nauczyciela. :) Ale to się docenia po skończeniu szkoły dopiero. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. olala ma racje, wspomina sie tych, ktorzy czegos nauczyli
    a poza tym mozna dodac troche usmiechu do lekcji i czasem zrobic jakas durna krzyzowke dla rozluznienia

    OdpowiedzUsuń
  3. obie macie rację, a śmiać też się lubię i mam nadzieję, często to robię, ale na pewno rzadziej niż kiedyś...to są uroki wykonywania mojego zawodu...

    OdpowiedzUsuń