Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 30 grudnia 2012

pospotkaniowe przemyślenia

Dzisiaj będzie niefilozoficznie i niejedzeniowo - waga sobie jak zwykle cudownie stoi, chyba dlatego, że "mój" bat na siebie ciągle w użyciu, czyli waga co rano...Ale w święta to i tak bardzo dobrze.

Trochę przez ten okres wolnego czasu poodświeżałam znajomości. Na przykład z moją byłą uczennicą, studentką psychologii, o której już kiedyś pisałam. Ponieważ sama się bardzo nią interesuję, będę kontynuować tę znajomość bez względu na różnicę wieku. Tym razem A. poopowiadała mi o testach z czytania plam i ich interpretacji - to się jakoś profesjonalnie nazywa, ale jak zwykle nie pamiętam. Miała takie zadanie świąteczne, by ten test przeprowadzić na uczniu gimnazjum - zrobiła to na bracie koleżanki, którego kiedyś uczyłam-trochę go scharakteryzowałam i A. powiedziała, że podobnie z testów wyszło - w końcu trochę na tej ludzkiej psychice się znam i 15 lat pracuję z dziećmi (ludźmi) i masę książek przeczytałam. Teraz czytam "Mowę ciała" amerykańskich autorów i już wiem, dlaczego zawsze siedzę noga na nodze i ze skrzyżowanymi rękami - postaram się to zmienić. A. poopowiadała też trochę o swoich kolegach i koleżankach (A. jest teraz na IV roku) - każdy miał lub ma jakieś problemy domowe - A. nie ma matki, ktoś inny jest uważany za rodzinnego nieudacznika, kogoś innego ojciec pije i bije, ktoś inny ma matkę walczącą całe życie z depresją - czy wybrali taki kierunek, by najpierw ratować siebie, a potem innych? Straszne...

Dzisiaj spotkałam się też z moją koleżanką K. - tą, która schudła 40 kg. Jej marzeniem jest schudnąć kolejne 10 kg, ma plan. Co nas łączy? - ogromna samotność. Ona jest dużo młodsza, ale doświadczyła w swoim życiu tyle samo cierpienia, pogardy, odrzucenia, upodlenia co ja przez bycie grubą. Plus "nienormalna" matka, która potrafi ją zwyzywać od k..., rodzice wiecznie się kłócący, brat alkoholik, drugi zaczyna brać narkotyki, trzeci nieszczęśliwie żonaty z kobietą poniżej jego inteligencji, ale też ojciec, który zawsze trzyma jej stronę i jest dla niej naprawdę dobry. Z zewnątrz - szanowana rodzina, lokalni biznesmeni z dużymi pieniędzmi.
I jeszcze jedna wizyta świąteczna i super wiadomość od koleżanki, która na wakacjach wychodzi za mąż i dużo opowieści o planowaniu wesela, ślubie, narzeczonym - ateiście, płaczem nad losem brata, który jest super chłopakiem po trzydziestce, ale samotnym jak ona kiedyś...

Jutro Sylwester - ten rok przyniesie na pewno masę nowych rzeczy i jeszcze więcej przeżyć...A rano zamierzam upiec placka, który nazywa się "Ciasto architekta" i zrobić sałatkę z makaronu - samo życie...

poniedziałek, 24 grudnia 2012

"Ja, grubas"

Już po Wigilii, pysznych pierogach u ciotki, drożdżowym makowcu zrobionym specjalnie dla mnie przez Nią, cudownym półrocznym Filipem mojej kuzynki i życzeniach mojego taty "Żebyś w końcu miała męża"...

W sobotę kupiłam "Gazetę Wyborczą" z "Wysokimi Obcasami" w niej i dwa artykuły, które zwróciły moją uwagę - pierwszy Hanny Samson "Przeciw tolerancji" - o traktowaniu grubych oraz drugi o Stanisławie Celińskiej, która całe życie walczy z nałogami, w tym teraz z jedzeniem.
Najpierw o tym "Przeciw toleracji" - pozwolę zacytować autorkę - Grubi nie dość, "że muszą się codziennie mierzyć ze swoją nieprzystawalnością do wszechobecnych standardów, to jeszcze w każdej chwili mogą spotkać się ze społeczną dezaprobatą dla tego, jak wyglądają i kim są. Bo kim są? Grubasami. To często wystarcza nam, szczupłym, do opisu człowieka. Obleśny grubas - to opis nieco dokładniejszy. Hipopotam, tłuścioch, pasztet - może to brzmi nieco obraźliwie, ale przecież WOBEC GRUBYCH na taki tekst można sobie pozwolić.(...)Jesteśmy lepsi, bo jesteśmy szczupli, a wy jesteście gorsi i nie będziemy udawać, że jest inaczej. Grubasy o tym wiedzą. Znają swoje miejsce, nie próbują zaprzeczać, że są grubasami". Tyle z artykułu. Ja czuję to samo - ludzie szczupli uzurpują sobie prawo do bycia lepszym, ja sama po schudnięciu nabrałam o wiele większej pewności siebie. Dawno temu, gdy robiłam studia podyplomowe, były tam zajęcia z prezentacji publicznych - każdy miał wyjść na środek i przeczytać fragment prozy, a zawodowy aktor oceniał ten występ przez pryzmat nawiązywania kontaktu z publicznością. Mi powiedział - taka duża kobieta, a tak bardzo chciałaby zniknąć...I taka była prawda - "smalec" miał schować całą mnie, nie robił tego, a działał wręcz przeciwnie - jeszcze bardziej mnie uwydatniał...

Drugi felieton - dość długi, ale dobrze napisany - jest wywiadem ze Stanisławą Celińską, która za motto podaje "Ludzie już się przywyczaili do grubej, starej Stachy, to trzeba im zrobić psikusa!". Postanowiła się ona teraz odchudzać, mówi o swoim problemie z jedzeniem, o zajadaniu emocji, kłopotów i problemów. Wiecie, ile mi zeszło dojście do takich wniosków? Dlaczego to robiłam?
W zeszłym tygodniu rozmawiałam na ten temat z moją "mądrą" koleżanką - i jak zdarta płyta powtórzyłam, że 30 lat żarłam, ale nie wiedziałam dlaczego i chyba odkrycie powodów spowodowało taką rewolucję w moim życiu...
Wszystkim uzależnionym życzę siły w zmaganiu się z nałogiem na co dzień i Wesołych Świąt! - po nich już nigdy nic nie będzie tak samo...

piątek, 21 grudnia 2012

powigiljne refleksje

Chociaż prawdziwa Wigilia dopiero w poniedziałek, dzisiaj juz wzięłam udział w pierwszej - ze swoją klasą. I mam w związku z tym bardzo mieszane uczucia - teoretycznie było fajnie, podzieliliśmy się opłatkiem, zjedliśmy rybę, pierogi, pyszne ciasta, pośpiewaliśmy kolędy. Jest też pewne "ale" - zastanawiam się, czy gdybym pierwsza nie podeszła, ktoś podzieliłby się ze mną opłatkiem? Potem kilka osób podeszło samych, ale ja zaczęłam...Pewien chłopak nawet nie spoglądał w moją stronę, ja zaraz wyczułam, że nie chce się dzielić, chociaż wydaje się, że się lubimy - pewnie się tylko wydaje...

Potem klasa poszła sobie robić zdjęcia na salę gimnastyczną - niestety nikt mnie nie poprosił, bym im towarzyszyła. Poczułam się z tym bardzo niemiło. Skłania to też do refleksji po prawie 15 latach bycia nauczycielką - gdy przyszłam do pracy, kilka lat zaledwie starsza od coniektórych uczniów, nie wiedziałam nic - jak uczyć, jakie relacje budować z klasą, jak utrzymać dyscyplinę, jak wymagać, a teraz? Czas i życie wszystko zweryfikowały - ja nauczyłam się uczyć, wyrobiłam sobie "jakąś tam" renomę (lub tylko mi się tak wydaje), nie mam raczej problemów z dyscypliną - bo niestety część uczniów się mnie boi, zmuszam do uczenia się - no ale...Stałam się taka, jaka nigdy nie chciałam być - gdy zaczynałam pracę w tym zawodzie, nie chciałam być nauczycielką, której uczniowie się boją, bo gdy sama byłam uczennicą, nie lubiłam tych, których się bałam. I stało się - taka teraz jestem...Dobrze czy nie? Nie wiem - i tak, i nie - za dużo odpowiedzialności, by sobie pozwolić na inny wybór - ciągłe rozliczanie z wyników egzaminów zewnętrznych zrobiło swoje...Szczęśliwy ten, kto nie ma takiego "bata" nad sobą...

Na potwierdzenie moich dzisiejszych przemyśleń, jeszcze jeden fakt - wczoraj moja była uczennica rozmawiała  na mój temat z chłopakiem, którego ja nie uczyłam. Otóż powiedział on jej, że specjalnie napisał test "na wejście" gorzej, bo się bał, że będę go uczyć, a on wolał spokojnie przebrnąć przez szkołę. I że jestem za ostra i potrafię krzyczeć. Oto czego się doczekałam...
Jaka powinnam być? Nie wiem - każdy kij ma dwa końce...

niedziela, 16 grudnia 2012

gruby dom

Dzisiejszy dzien spędziłam najpierw na izbie przyjęć w szpitalu, potem na pogotowiu. Mojej mamie usztywniło kolano, próbowałyśmy znaleźć jakąś pomoc, na pogotowiu ordynarny lekarz przynajmniej zrobił prześwietlenie, w szpitalu na ostrym dyżurze jeszcze pielegniarka zebrała burę za chęć pomocy. Wyszło zwyrodnienie stawów kolanowych, mama nie może zgiąć wogóle kolana - to problem przyziemny, jutro ma zamówioną wizytę prywatnie u ortopedy, bo na fundusz by z pięć razy "umarła"...

Ale nie o tym chciałam - gdzie grubi ludzie, tam zaburzenie relacji rodzinnych w jakimś stopniu, tak uważam. Mama dobrze sobie zdaje sprawę, że na nic operacje i zabiegi, jeśli nie schudnie. Trochę popłakała, że ona by chciała, ale ja nie sądzę, by było to możliwe - bo zarówno ona jak i ja mamy to samo - jedzenie to nałóg, sposób rozładowania emocji, poprawienia sobie humoru, przetrwania dnia itd. Ja mam za sobą długą drogę, ciągle muszę się kontrolować i pilnować, stąd pewnie obsesja ważenia się codziennie. Ona mi dzisiaj powiedziała, że przecież mi się jakoś udaje, czyli można...
Mi się udaje, ale mój mózg jest ciągle głodny, to znaczy prawie zawsze. Ale go zatykam "atrapami" - jabłkami, pomarańczami, piciem. Wiadomo, mam wpadki, ale teraz one psychicznie wywołują wręcz odwrotny efekt niż kiedyś, więc może i one kiedyś znikną - ale tego nie wiem. Na przykład wczoraj upiekłam szarlotkę, zjadłam jeden kawałek wczoraj, ale dzisiaj już nawet mi to do głowy nie przyszło. Tak to ze mną jest - lata praktyki - wiem, jakie by były konsekwencje tego - 5 minut przyjemności, kilka godzin wyrzutów sumienia.

Ale wracając do mamy - bardzo mi jej szkoda, ten dzisiejszy dzień bardzo mi  uświadomił, że robi się coraz starsza i że teraz role odwracają się - to ona potrzebuje mojej pomocy, moich załatwień - zresztą po to są dzieci. Doskonale zdaje sobie sprawę, że gdyby była z 20 kg lżejsza, byłoby jej łatwiej chodzić i może stawy kolanowe nie byłyby tak zniszczone. Mama ma inny typ otyłości niż ja, ona przytyła bardzo dużo po moim urodzeniu i tak jej zostało na całe życie, ma duży brzuch, ale szczupłe nogi bez jednego żylaka i szczupłe ręcę, ale swoje waży. Dla mnie ona nie tyła w ciągu życia jak ja, raczej to były kilkukilogramowe wahania. Jak ona musi lub musiała się czuć, bo widziałam jej zdjęcia sprzed ślubu i ślubne - wysoka, dlugie włosy, szczupła, ważyła góra 60 kg, a może i mniej. Ja mam do niej swoje "żale", ale ona nigdy przenigdy nie powiedziała mi, że to moje narodziny są powodem takiego jej wyglądu - miłość matki do córki?
Zrobię, co w mojej mocy, by jej pomóc...

sobota, 8 grudnia 2012

nastrój a jedzenie

Czy jest związek między nastrojem a jedzeniem? Zawsze mi się wydawało, że tak, ale ostatnio sama już nie wiem...Mam gorsze i lepsze dni, dawno, dawno temu jedzenie było super pocieszaczem, ale od kilku lat niestety (lub w końcu "stety") nie spełnia już takiej roli - kiedyś wystarczyła czekolada i już nastrój szedł w górę, teraz powoduje poprawę na chwilę, a wyrzuty sumienia nie do opowiedzenia...więc nie warto już jej jeść. Moja mądra koleżanka mówi, że to wychodzenie z nałogu, ale czy ja kiedyś z niego na prawdę wyjdę? Nikt tego nie wie, nawet ja...

Każdy ma swój sposób na poprawę nastroju- jedni lubią zakupy (ja lubię - czego efektem dzisiaj są dwie pary spodni i kozaki), inni - alkohol, jeszcze inni - seks, i pewnie większość dobre jedzenie...Wszystkie te rzeczy powodują wydzielanie oksytocyny (o ile dobrze pamiętam), a mój mózg chyba w szczególności jej potrzebuje jako mózg osoby uzależnionej...Szczególnie w tym tygodniu, gdzie przeżyłam trochę kłopotów z urzednikami w zwiazku z samochodem, dwie hospitacje i jedno spotkanie po latach...Teraz wszystko wróciło do normalności i się uspokoiło, więc...Jeszcze w nadchodzącym tygodniu jedna bardzo stresująca rzecz i zobaczymy, co się będzie działo...
Wracając do tematu - mój uzależniony mózg ciągle chce czuć się na "haju", po tylu latach ja już to doskonale wiem, ale jedzenie już tego haju nie daje. Co daje? Sama nie wiem - wiem, że tego na pewno nie odkryłam, oczywiście podświadomie doskonale sobie zdaję sprawę, ale czy TO pozbawiłoby mnie chęci na słodycze? Bo uważam, że to one, nie jedzenie samo w sobie są moim problemem...

Dużo dzisiaj tych "nie wiem" - bo dzisiejszy dzień w końcu mogę zaliczyć do udanych nie tylko ze względu na zakupy, chociaż też ktoś uswiadomił mi coś przykrego dzisiaj, ale w końcu to ja podjęłam taką, a nie inną decyzję kiedyś i teraz znowu jestem w rozterce...Takie terapeutyczne lanie wody...

niedziela, 2 grudnia 2012

porażka u blogowych znajomych

Czytam moje wszystkie "lewostronne" zaprzyjaźnione blogowiczki i co widzę? Wszędzie dzieje się źle, bo albo zastoje wagowe, albo tycie. U mnie to drugie niestety. I nie wiem, na co mi to gorzej działa - na wygląd (bo widać) i zaraz znowu będą wszyscy gadać wprost lub za plecami, czy na psychikę - oj, jak ja się wtedy nienawidzę....Co oczywiście powoduje błędne koło - agresja wobec siebie powoduje wzrost "zapotrzebowania" mózgu na słodycze, które w moim przypadku działają kojąco i łagodząco, ale po sekundzie pocieszenia się - powodują znowu powrót rozsądku i stukanie się w głowę i tak na okrągło...Myślę, że macie tak samo, bo Was czytam i też o tym piszecie....
Muszę coś z tym zrobić, a będzie bardzo trudno, bo idą święta i to, co uwielbiam najbardziej - pieczenie i wymyślanie ciast, niekoniecznie ich jedzenie - wystarczy, że popróbuję składników czy też mas...

I w moim przypadku to całe tycie to nie przez jedzenie, ale przez slodkie rzeczy. Nie jem chleba, ziemniaków, zup, niczego tłustego, ale nie odmówię lodom czy jakiemuś batonikowi - typowy nałóg...Zamiast w szkole kanapkę, sucharki i serek - bo słodki...Żałosne to, ale jakże prawdziwe...
Sprawy żołądkowe właściwie bardzo się uspokoiły, tabletki ciągle biorę, nie wiem jeszcze, jak długo, czasami zdaża mi się zapomnieć - wtedy jeszcze mnie mdli, ale brzuch nie boli.

To już ponad 6 lat walczenia z nałogiem, na razie przegrywam, ale czy tak ma wyglądać reszta mojego życia? Przerażające... Czemu nie mogę być jak alkoholik, który rzuci nałóg raz a dobrze i nie musi codziennie wypić kieliszka wódki, by przeżyć? I zaraz do głowy przychodzi mi moja kuzynka, która je po dwa obiady, drożdżówki, kanapki, ciasta i waży z 45 kg? I wiem, że tak jest, bo jej mama to potwierdza...Ale ona ma taką przemianę materii, że hej... - do ubikacji kilka razy dziennie, ja - raz na kilka dni, i to po ziołach lub tabletkach...
A przecież nie mogę tyć - grube życie to nie jest życie - wiem, o czym mówię...Nie wiem, czyja pogarda byłaby większa - samej do siebie czy ludzi do mnie? Gdybym miała inny nałóg, nie byłoby go widać na codzień. Zawsze się chciałam nauczyć palić, nigdy mi się to nie udało - bo zaraz się dusiłam...

Koniec użalania się...ulżyło...