Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 22 listopada 2012

"Bez tajemnic"

Telewizja HBO rozpoczęła emisję drugiej serii mojego ulubionego serialu "Bez tajemnic". Ogladam go, ponieważ przez rozmowy prowadzone w gabinecie Andrzeja czuję, jakbym sama uczestniczyła w terapii - w każdym z pacjentów odszukuję część moich problemów - pewnie inni ludzie też je mają.

W poniedziałek poznajemy samotną, przebojową Natalię, około 40-sto letnią, która kiedyś usunęła ciążę i obwinia za to swojego psychoterapeutę. Na zewnątrz jest pogodna, pewna siebie, ambitna - w środku bardzo cierpi, potrzebuje kogos, kto by ją pokochał i ciągle rozpamiętuje przeszłość. Ta postać jest mi szczególnie bliska, jej przeżycia, doświadczenia, wewnętrzny świat. We wtorek widzimy chłopczyka, który przyjmuje odpowiedzialność za życie rodziców i zaczyna wpadać w nałóg jedzenia - chce być zawsze perfekcyjny, żeby tylko rodzice się nie rozwiedli - jest gotowy dla nich zrobic wszystko. W środę do Andrzeja przychodzi zamożny biznesmen, doświadczajacy napadów lękowych - nie chce brać udziału w terapii, dostaje numer do psychiatry, który przepisze mu tabletki łagodzące objawy - wydaje mu się, że tak bedzie prościej. Ma też poważne obawy o córkę, czuje się przez nią opuszczony i nie chce dać jej odejść do swojego życia. W czwartek pacjentką jest poważnie chora studentka sztuki, która nie chce walczyć o zdrowie, bo nie chce żyć. W piątek Andrzej sam idzie na terapię i rozmawia o swoich kłopotach rodzinnych - czasem zastanawiam się, kto jest w większych tarapatach - On czy jego pacjenci?

Obejrzałam całą pierwszą serię, druga jest już według mnie lepsza, może ze względu na poruszane w niej problemy? W pewnych zachowaniach pacjentów dostrzegam swoje - jak w lustrze...
Wczoraj odwiedził mnie ktoś dla mnie bardzo ważny - rozmowa z nim bardzo poprawiła mi humor. Opowiedział mi o swoim życiu - teoretycznie wszystko jest dobrze, ale ja - znając Go ponad 15 lat wiem, że tak nie jest...A że go zawsze lubiłam i ceniłam, życzę mu jak najlepiej. Rozmowa z nim uświadomiła mi też, że pewne problemy nigdy nie miną, chociaż robi wszystko, by poprawić jakość swojego życia - na zewnątrz mu się to udaje, ale w rzeczywistości jest ciągle tak samo źle. Mamy ten sam problem i dlatego rozumiem Go doskonale...

moje "życiowe" lustrzane odbicie...
W niedzielę odnowiłam też znajomość z moim kiedyś przyjacielem, może teraz też nim jest? Zawsze nam się dobrze rozmawiało, był szczery i mnie słucha, co jest rzadką umiejętnością w dzisiejszych czasach...Ma zdrowe podejście do życia, nie ulega emocjom tak bardzo jak ja, a jednak mimo wszystko potrafi sprawić, że czuję się dla niego ważna.
Z moim brzuchem raz lepiej, raz gorzej - wszystko zależy od tego, co zjem...ciągle tabletki, ciągle siemię lniane, zrobiłam też kolejne badania i nie wyszły najlepiej...Jak się sypie, to wszystko....Co będzie?
Na razie jest wewnętrznie źle, zewnętrznie też, bo przytyłam, co tylko powoduje wiadomo co, ale dzieje się tak dlatego, że mi nie zależy...Za dużo się ostatnio "zwaliło" na mnie niefajnych rzeczy, a jak jedzenioholiczki reagują na ogromną dawkę stresu? Każdy wie...

sobota, 3 listopada 2012

ciało się zmienia, ale charakter nie...

Korzystając z wolnego dnia, wybrałam się dzisiaj na zakupy - udały się bardzo, i ponieważ dawno nic fajnego nie przeczytałam, wdepnęłam też do empiku. Gdybym mogła, kupiłabym tam z połowę książek, ale kupiłam tylko dwie - "Irenę" Małgorzaty Kalicińskiej oraz "Koniec wiosny w Lanckoronie" Agnieszki Błotnickiej. Tą drugą zapisałam już sobie kiedyś jako 'must-have' po przeczytaniu recenzji u kogoś na blogu. Dlaczego? Bo miała być o kobiecie zmagającej się z nadmiarem kilogramów...

Książkę pochłonełam dzisiejszego popołudnia. Opowiada historię Moniki, która zawsze miała nadwagę, ale też nie narzekała na brak powodzenia u płci przeciwnej...Wchodziła w związki, które jednak wcześniej czy później się kończyły, bo ona zawsze była z siebie niezadowolona - przede wszystkim ze swojego wygladu, czuła się gorsza, zawsze zagrożona zdradą, więc gdy już mężczyzna zaczynał się angażować na poważnie, ona uciekała, bo czuła, że wcześniej czy później i tak zostanie zostawiona - w końcu kto lubi pokazywać się z grubą kobietą? Lub była zostawiana. W końcu jej przyjaciółka powiedziała - "Mówię tak, żebyś się ogarnęła!Kiedy odszedł, stwierdziłaś - to dlatego, że nie jestem laską. Może to prawda, może nieprawda, ale założę się, że robiłaś wszystko, by móc to w końcu powiedzieć. Nie chciałabyś przekonać się, jak jest naprawdę? Przejdź na dietę". Zeszczuplejesz i wtedy nie będziesz już mieć żadnego alibi!"
 Agnieszka Błotnicka - autorka
Od Moniki odchodzi jej ukochany Filip - myśli, że powodem jest jego super szczupła i atrakcyjna koleżanka...Aby się nie rozsypać, ucieka do pensjonatu "Lanckorona", aby schudnąć i by po raz kolejny przemyśleć powód odrzucenia...Tam poznaje pewnego ciepłego, starszego pana, który wręcz zabrania jej chudnąć, bo straci radość życia i wesołe oczy. Ona jednak z pomocą przyjaznej gospodyni przechodzi na dietę Dukana i chudnie - nie wiadomo ile, ale po jedzeniu kurczaka i odtłuszczonych serków chudnie na tyle, by wejść w filetowy kostium, który "rozszedł" się na niej w sklepie i niestety musiała go kupić. Po powrocie z gór, gdy już przebolała swoją miłość i pogodziła się z faktem, że nigy nie będzie super laską, idzie do księgarni Filipa, aby z nim porozmawiać i dowiedzieć się, dlaczego ją zostawił. I co się okazuje?

Powodem nie była ani nadwaga - Filip nie lubi "wieszaków", ani jego rzekomy romans - a to, że wpadła ona w oko koledze Filipa i on, widząc jej niepewność w odtrącaniu jego zalotów stwierdził, że nie chce być z kobietą, która nie do końca wie, kogo chce...Książka kończy się spotkaniem Moniki i Filipa, wyjaśnieniem watpliwości i...pocaunkiem. Co dalej? Moje łzy jak przystało na dobrze napisane romansidło...
Książka niewiele wspólnego ma z odchudzaniem, ale czyta się szybko, wciąga retrospekcjami i jest dobrym zajęciem na sobotnie, jesienne popołudnie...Czy na pewno?
PS. Dawno temu myślałam, że jak zgubię "smalec", zmienię swoje życie - smalec stopniał, a życie zostało - jak w tytule posta...

czwartek, 1 listopada 2012

grubych nie tolerujemy

Ostatnio moja koleżanka przeprowadzała lekcję na temat tolerancji. Przeprowadziła ankietę, w której zapytała, kogo nie tolerujemy. I jaka była najpopularniejsza odpowiedź? Grubych!

Ja już nie raz pisałam o tym, że ludzie już tak mają, że wybaczą alkoholizm, bicie żony, narkotyki, hazard, zdradę, ale nie wybaczą bycia grubym. Dlaczego? Pewnie jednym z powodów jest to, że muszą na tych grubych patrzeć na codzień, a tych z innymi nałogami - zwykle udają, że nie wiedzą i dlatego nic nie mówią. A czy jest jakaż różnica między objadaniem się a piciem czy braniem narkotyków czy paleniem? Wg mnie tylko taka, że gdy "żresz", cierpisz przede wszystkim Ty sam, gdy pijesz - jeszcze Twoja rodzina, gdy palisz - całe otoczenia, gdy bierzesz narkotyki - też rodzina, gdy zdradzasz - również rodzina...I co się okazuje? że jedzenioholicy krzywdzą przede wszystkim siebie, a i tak są uważani za tych "najgorszych"...Zawsze tak było, jest i będzie...

Tolerancja grubych dzieci? Chyba jeszcze gorsza jak dorosłych. Odtrącenie na każdym kroku przez rówieśników, pomijanie w zapraszaniu na imprezy, śmianie się, wyszydzanie - wszystkiego doświadczyłam na własnej skórze i nie życzę najgorszemu wrogowi, bo zmiany w psychice pozostają na całe życie. Ostatnio na mojej lekcji usłyszałam, jak jeden z chłopców powiedział do ważącej ok. 80 kg 15 - latki, że nie będzie obok niej siedział, bo śmierdzi...A ja kazałam mu się się przesiąść na sprawdzianie i pewnie wskazałam miejsce obok niej, bo było wolne...Powiedział to niby cicho, ale ja to jakoś usłyszałam...Nota bene, dziewczyna ma ładną buzię, jakkolwiek inteligencja ponieżej przeciętnej, ale duża nadwaga i fatalny styl ubierania - dobry dla szczupłych nastolatek, ale nie dla niej...Poza tym ona ciągle coś je - chipsy, wafelki, kanapki, gazowane napoje...Szkoda mi jej bardzo - bo teraz jest w takim wieku, że mogłaby jeszcze szybko zeszczupleć i wszystko przed nią - żeby się tylko nie ocknęła tak późno jak ja, bo pewnych rzeczy nie da się nadrobić...

U mnie zdrowie pomału wychodzi na prostą - przez ostatni tydzień piję mielone siemię lniane i jeszcze jakiś jeden specyfik o podobnym składzie plus tabletki i widzę zdecydowaną poprawę - nawet zjadłam wczoraj pierwsze od dwóch miesięcy jabłko i pomalutku przemycam ukochane korniszony, jeszcze ze strachem przed konsekwencjami, ale nie robi się słabo i brzuch nie boli, więc może będzie coraz lepiej..Przeczytałam też książkę Józefa Słoneckiego "Zdrowie na własne życzenie" i myślę poważnie o piciu proponowanej przez niego mikstury z oleju, soku z aloesa oraz soku z cytryny, bo zawsze wierzyłam w medycynę niekonwencjonalną, tym bardziej że w swoim życiu przeszłam już 3-miesięczną dietę oczyszczającą i pamiętam o tym, jak się wtedy czułam i jakie korzyści mi przyniosła. Muszę ją jeszcze przeczytać ze dwa razy - może  wtedy mój mózg się znowu trochę przestawi...