Łączna liczba wyświetleń

środa, 17 października 2012

węgierskie obżarstwo

Ostatni weekend spędziłam na Węgrzech. Było dużo śmiechu, żartów, dowcipów i jeszcze więcej...pysznego jedzenia. A że jest to blog jedzeniowy, więc ten wpis będzie mu poświęcony:)
ale tłusta....
W pierwszy dzień na obiad zaserwowano nam pyszną golonkę z frytkami, którą jadłam pierwszy raz w życiu! gdzie ja się uchowałam? Podziubałam pysznego mięska - po oddzieleniu tłustej skóry dotarłam do czegoś, co mi bardzo smakowało...
Na kolację poszliśmy do w miarę eleganckiej restauracji, gdzie zaserwowano nam zupę gulaszową oraz makaron z mięsem - coś na kształt gulaszu. Na deser był biszkopt, bardzo wyrośnięty i chociaż szukałam w nim posmaku proszku do pieczenia, nie znalazłam go:) Biszkopt polany był sosem budyniowym - ciekawe połączenie.


W drugi dzień skosztowałam pysznych, słodziutkich winogron, wypiłam kawkę w przyjaźnie nastawionej dla Polaków kafejce. Po południu obiadokolacja w restauracji - i znowu gulasz i makaron z mięsem, tłustym tym razem niestety...

W drodze powrotnej do domu zatrzymaliśmy się w jednej z przydrożnych restauracji i chyba dlatego, że ja w pewnej mierze zadecydowałam o wyborze menu, najbardziej mi smakowało...Zupa średnia, ale indyk faszerowany serem i szynką trafił w mój gust. Nie wspomnę już o pysznym deserze w postaci czegoś na kształt biszkopta z kremem, uformowanym w kulki - podobno to typowy węgierski deser. Moi współwycieczkowicze zamówili kasztanowy mus - nigdy nie jadłam kasztanów, ale "dziubnęłam" trochę tego deseru i był równie dobry jak moje biszkopciki...
puree z kasztanów

Efekt - 2 kg więcej. Dlaczego? Bo nigdy tyle nie jem, nigdy nie jem po 19, ale uważam, że w takich sytuacjach można sobie odpuścić. Oraz dwa dni bólu brzucha. Ale już wróciłam do "swojego" jedzenia i dzisiaj wszystko w miarę wróciło do normy...oprócz wagi...i takie to moje życie - jak się pilnuję, waga stoi, jak popuszczę, waga w zawrotnym tempie w górę...a gdybym tak sobie jeden tydzień popusciła? to pewnie z 5 kg minimum więcej...ech, to moje życie...

poniedziałek, 8 października 2012

chamski gruby - dwa wykluczające się słowa...

Dzisiaj coś się wydarzyło w mojej "ukochanej" instytucji, w której pracuję - moja koleżanka dopiekła mojej innej koleżance, ale dopiekła jakby i mnie...

Koleżanka A - jak ja - jest sama (przynajmniej w teorii...), koleżanka B ma męża i dorosłe dzieci. Poprosiłam koleżankę B, by podjechała coś nam wszystkim pracownikom załatwić - ma na to czas i bardzo dobrze porusza się po mieście w swoim mega drogim, luksusowym samochodzie. Ona może i by się zgodziła, bo raczej jest miła dla mnie, ale nadeszła koleżanka A i włączyła się do rozmowy, na co B odparowała - idź Ty, nie masz męża, dzieci, tyle masz do roboty...

I teraz moje rozważania - ja nigdy bym nikomu tak nie powiedziała - przecież każdy sobie doskonale zdaje sprawę z problemów innych, wszyscy wiedzą, że B jest marną wykonawczynią swojego zawodu, jakkolwiek nikt dobrze wychowany jej tego w twarz nie powie...dlaczego ona tak powiedziała? Bo jest, była i będzie pewna siebie! Ale czy to daje jej prawo, by ranić? dodam, że obie panie nie za bardzo się lubią, ale według mnie nic takiego zachowania nie usprawiedliwia...
Wracając do mnie - czasami sama nie wiem, jak mam siebie traktować - jako grubą czy chudą? Bo niby gruba już nie jestem, chuda na pewno też nie, ale sposób myślenia w co niektórych kwestiach ciągle pozostał bez zmian, drobne zmiany na pewno nastąpiły, ale nie takie na sto procent...Zresztą uważam, że ludzie doskonale wiedzą, co jest nie tak z ich życiem czy zachowaniem, czemu jeszcze bardziej ich ranić i im to uświadamiać? Ja nie potrafię i mam nadzieję, że nigdy się taka nie stanę...Zresztą - jak w tytule posta - chamski gruby - dwa wykluczające się słowa...A może nie mam racji?

ps. U mnie lekka poprawa - lekarstwa działają, ale pilnować się trzeba ciągle...jedna zła decyzja i dzień okropnie bolesny...
ps. a sprawę załatwił kolega, na którego zawsze mogę liczyć - i on na mnie też:)

poniedziałek, 1 października 2012

jesiennie...

Tak długo nie pisałam, ale do tego też trzeba mieć nastrój...A że u mnie ostatnio z nim nie najlepiej, to wyszło jak wyszło - niemniej jednak poczułam się dzisiaj w obowiązku to zrobić, ponieważ pomimo tego, że nic nie piszę, licznik odwiedzin i tak rośnie...


Od miesiąca mniej więcej źle się czuję, jest coraz lepiej, ale na początku ledwo żyłam...Przeszłam jedno bardzo nieprzyjemne badanie i wszystko się wyjaśniło - teraz biorę lekarstwa, uszkodzony organ pomału wraca do w miarę normalnego funkcjonowania, ale zły stan zdrowia odbił się bardzo na nastroju.

Waga sobie stoi i na razie niech tak będzie, na siłownię chodzę bardzo rzadko i niedługo całkiem z niej zrezygnuję - wróciłam do swojego "szkolnego" życia i dopadł mnie kompletny brak czasu, a nie przeczę - zmęczenie po całym dniu też odgrywa swoją rolę plus objawy chorobowe.  Trochę sobie chyba za dużo pozwalam z jedzeniem, powinnam wrócić na swoje utarte tory, ale zawsze jest jakieś ale...

Jedyne, o czym marzę najbardziej to spać...
Mam nadzieję, że zła passa wkrótce minie i moje zdrowie pozwoli mi normalnie funkcjonować...