Łączna liczba wyświetleń

piątek, 14 września 2012

kto ma gorzej?

Dzisiaj, po prawie 3,5 miesiąca moich usilnych starań i działań w końcu udało się doprowadzić pewną sprawę do końca. Poczułam trochę ulgę, trochę rozczarowanie, bo po raz kolejny w moim życiu okazało się, że wypełnienie kolejnego zadania w życiu nie daje takiej radości, jaką miało przynieść...

Przy okazji tej sprawy, poznałam pewną kobietę. Ma 34 lata, młodą figurę, ale styraną przez życie twarz - gdy ją zobaczyłam, myślałam, że ma ponad 40 - ale zaraz okaże się, dlaczego... Gdy miała 17 lat, "wpadła", będąc w ciąży - wyszła za mąż za ojca swojego dziecka - co - jak teraz mówi - było największym błędem jej życia - błędem, z którego ma dwójkę dzieci - 17-sto letniego syna i 12 - letnią córkę. Swe młodzieńcze lata spędziła w pieluchach, gdy koleżanki dopiero wchodziły w dorosłe życie, ona już miała je na codzień. Nie skończyła technikum, siedziała w domu i była typową mamą...A mąż? A mąż sobie hulał - szukał przygód na prawo i lewo, nie przepuścił żadnej ładnej kobiecie, flirtował na prawo i lewo...5 lat temu się rozwiodła - dlaczego? Ponieważ pił i bił...Przez okres dwóch lat policja gościła w jej domu 26 razy! W końcu policja (?) założyła mu sprawę o znęcanie się nad rodziną...2 lata przed rozwodem zaczął ją na poważnie zdradzać z 22-dwu latką, której kupił samochód i ją utrzymywał...Ona dowiedziała się o niej od niego, bo...będąc pijanym zadzwonił po nią, bo jego samochód się popsuł i nie miał jak od niej wrócić do domu i gdy po niego pojechała, nie bardzo kontaktując a jednak chcąc jej dopiec, powiedział, kim jest ta gówniara...
W międzyczasie postawili dom, który był zapisany tylko na niego, bo ona przecież nie pracowała (przynajmniej na poczatku), więc teoretycznie nic się nie dokładała...Ale pani, poniżana i wielokrotnie bita (po trzeźwemu też), w wieku 26 lat się "ocknęła" - najpierw skończyła technikum wieczorowe (dzieci pilnowała mama), potem zrobiła prawo jazdy, potem znalazła marnie płatną pracę i w końcu się uniezależniła chociaż trochę finansowo od męża. A w małżeństwie było raz lepiej, raz gorzej...Ona odchodziła od niego 2 razy, ale błagał, prosił - wybaczała...Gdy dowiedziała się o romansie, odeszła po raz trzeci, ale on już nie prosił i nie błagał - za to wprowadził do swojej rodziny młodą laskę i zaczął się z nią oficjalnie pokazywać. Gdy od niego uciekła z dwoma walizkami i dwójką dzieci, wróciła do swojego pokoju w domu rodzinnym i tam mieszkają we troje już prawie 5 lat - reszta domu rodzinnego jest zajęta przez rodziców i brata z rodziną. W międzyczasie wyjeżdżała za granicę, aby zarobić na spełnienie marzenia swojego życia - własnego lokum i właśnie w dniu dzisiejszym to jej marzenie się spełniło...

Gdy tak siedziałyśmy i rozmawiały, padło kilka ważnych zdań - "Ja mam DOPIERO 34 lata i chcę żyć własnym życiem! Mama ma tatę, brat ma żonę, a ja? Ja mam dość podejmowania wszystkich decyzji sama! Chcę dzielić z kimś codzienność! i muszę mieć gdzie!" Potem poznałam tego "kogoś" - normalny facet na pierwszy rzut oka, widać było czułość w stosunku do niej w jego oczach - i wiąże z nią swoją przyszłość i mają już tyle planów...
Po całym męczącym dniu - i by było to ukoronowaniem moich wszystkich milionów telefonów i załatwień - poszliśmy z tatą do restauracji na obiad - on stwierdził, że to pewnie pierwszy i ostatni TAKI w jego życiu...Łza się w oku zakręciła... Ja zjadłam pyszną roladkę z kurczaka ze szpinakiem i surówkami, on - pieczone ziemniaki, surówkę i dewolaję...

I tak znowu pewien etap w moim życiu się zakończył...

PS1. Samochód u mechanika, pęknięty wałek rozrządu, siłownia zawieszona, jedzenie jak zwykle i codzienność...(i kompletny brak lodów - bo jestem strasznym zmarzluchem:)

PS2. Po lekcji mój uczeń dzisiaj podszedł i patrząc tymi brązowymi, rozbrajającymi oczami powiedział - ma Pani rację, że jestem teraz fajniejszy - bo jestem już rok starszy i zmądrzałem! (i tak jest - z ciągle mi zawracającego głowę chłopczyka jest teraz normalnym, fajnym chłopakiem - a że go ciągle chwalę, to ...i jak tu nie doceniać takich momentów?)

niedziela, 9 września 2012

piosenka mojego życia

Znacie tę piosenkę? Na pewno...
To Joe Dassin śpiewa po francusku o miłości - jej tytuł to "Er si tu n'existais pas" - o ile dobrze napisałam, więc wybaczcie, jeśli źle - francuskiego nie znam...
Ta piosenka jest dla mnie bardzo ważna, bo zaśpiewał ją kiedyś pewien francuski aktor. Gdy prężnie działałam w programie Socrates Comenius i byłam tam liderką, byłam z wizytą na Łotwie - i podczas zwiedzania pięknego zamku, w którym kręcony był film o czasach wojny, Oliver zagadnął do jednego z aktorów po angielsku, ten się odezwał i okazało się, że był też Francuzem. Poszliśmy potem wszyscy na jakiegoś drinka i gdy sobie tak oni rozmawiali po francusku, w pewnym momencie Francuz - aktor zaśpiewał tę piosenkę i to głosem takim, że do tej pory pamiętam...Nie odbiegał on niczym od zamieszczonej tu przeze mnie wersji...Nie omieszkam dodać, że aktor był bardzo przystojny, chociaż nie w moim typie - ale ja miałam zawsze słabość do niskich, męskich głosów i takich pisoenkarzy też lubię - Leonard'a Cohen'a pewnie najbardziej, a za teksty - George'a Micheal'a - tyle jego piosenek ciągle umiem na pamięć...

Tyle fajnych rzeczy się w moim życiu działo....może jeszcze coś równie fajnego mnie czeka? Jeśli coś też zrobię w tym kierunku...Już dwa razy próbowałam reaktywować te podróże "za darmo" (ostatni raz w tym roku) i ciągle się nie udaje - a przecież pomimo ogromnej ilości pracy było też tyle nowych znajomości, wrażeń i wspomnień...

sobota, 8 września 2012

nie smutno i nie na temat:)

A dzisiaj nie będzie o jedzeniu - dzisiaj będzie o tym, że czasami jest fajnie...

Byłam dzisiaj w moim mieście na zakupach - nie chciało mi się strasznie jechać, bo rano wstałam i brakowało mi trochę energii, ale aby jej trochę dostać, muszę też się ruszyć...pojechałam moim ukochanym samochodem, bez którego nie wyobrażam już sobie życia - nie jestem doskonałym kierowcą, ale radzę sobie jak umiem i faktem jest, że od początku czerwca nigdy nie skorzystałam już z komunikacji powszechnie dostępnej:) Dla mnie, która miała tyle problemów ze zdaniem egzaminu, zresztą chyba słusznie, uniezależnienie się od pomocy innych w tej kwestii jest osiągnięciem porównywalnym ze schudnięciem i utrzymaniem wagi...

Na moście, jak zwykle niemiłosierny korek, jazda i ruszanie pod górkę, na rondzie ja puściłam jakąś miłą panią, za chwilę to ona mnie puściła. Zaparkowałam obok obleganego rynku, kupiłam dużo warzyw i owoców - w końcu czymś muszę się zapychać - potem odwiedziłam księgarnię, tym razem językową i coś tutaj też kupiłam. I najfajniejsze nastąpiło przy wyjeździe. Na ulicy korek, z mojej prawej strony stał długi samochód, w nim - jakiś facet około pięćdziesiątki. Jakoś bym wyjechała, bo przecież przez szyby jego samochodu i tak w miarę dobrze wszystko było widać - pan wysiadł z samochodu i mi pomógł - pokazał mi, w którym momencie wyjechać! Szybko to zrobiłam, posłałam mu uśmiech, pokazałam "tak trzymać:)" i on też się usmiechnął. Są jeszcze fajni ludzie, którzy pomagają bezinteresownie...Zresztą ja też tak lubię - bo "mała rzecz, a cieszy".


środa, 5 września 2012

jedzenie - mój problem

To tytuł programu, który właśnie obejrzałam na TLC. Opowiadał o grupie otyłych osób, które przebywają w ośrodku na terapii - dzisiejszy odcinek był poświęcony kobiecie, która jest  uzależniona od jedzenia i chce z tym zerwać dla swojej córki. Czy jej się to uda? Wątpię, bo powiedzie jej się wtedy, gdy zrobi to przede wszystkim dla siebie...
Jedzenie - mój problemTLC

Oglądam dużo programów poświęconych otyłości - nie ma ich w polskiej naziemnej telewizji, ale jest ich bardzo dużo na TVN Style, TLC, Club TV, Zone Reality. Zresztą, gdy byłam w Anglii, też się ich naoglądałam. Czemu właściwie nie produkuje ich polska telewizja? Nie mamy tego problemu? Mamy, i widać to na każdym kroku...Wróciłam do pracy - i dzieci z nadwagą dalej ją mają...

Pojechałam dzisiaj na siłownię, co okazało się nie lada wyczynem biorąc pod uwagę mój obecny stan zdrowia - ale idzie ku lepszemu...Było niewiele osób - zgadnijcie kto na bieżni przede mną? Moja ukochana Pani "od ciastek":) Biegała, ale nawet jej wzrokiem nie złapałam - nie chcę, by była dla mnie miła, nie chcę mieć z nią nic wspólnego....

Dzisiaj przyłapałam kilka razy wzrok facetów na sobie - oczywiście na czym? Na moich wspaniałych nogach...Nie widziałam jakiejś pogardy, patrzyli tak, jak ja patrzę na innych na siłowni - bez  emocji (wystarczy, że ja ich nie cierpię).

Moja uczennica, o której kiedyś pisałam - ta od "super" rodziny i anoreksji przeplatanej z bulimią - trafiła na terapię rodzinną - i o dziwo - nawet jej ojciec poszedł. Niby nastąpiła poprawa, stwierdzili u niej początki anoreksji i kilka innych zaburzeń, ale ja życzę im jak najlepiej - i jej najbardziej...Będzie ciężko, ale coś robią w tej kwestii.

Moja dieta z mocnego postanowienia poprawy na razie spowodowała przytycie o 1 kg 30 dkg. Dlatego tak sceptycznie do niej podchodziłam - znam już swój organizm - wiem, że ja nie mogę jeść "normalnie" - a śniadania jak zwykle, obiady z mięsa i warzyw, zero lodów, białko na wieczór - w szkole jogurt 0% - innego już i tak nie umiem - plus jakiś owoc. Może ona działa w przypadku osób, które jadły i zaczynają ją stosować, by schudnąć. U mnie - jak widać...Na razie próbuję dalej, zobaczymy dalsze reakcje mojego organizmu - ale na Dukanie tyłam, więc...


Tak mi jakoś nijako - niby życie się toczy według utartych torów, a jednak - jak zwykle coś nie gra...