Łączna liczba wyświetleń

piątek, 27 lipca 2012

w towarzystwie pięknej kobiety

W środę musiałam odwiedzić moje ukochane miasto, Kraków, miałam tam do załatwienia bardzo ważną sprawę, ale też odwiedziłam moją koleżankę - o niej kiedy indziej...

Gdy stałam w kolejce do kasy, by kupić bilet powrotny, przede mną stała wysoka kobieta, która próbowała się dogadać po angielsku - a że nijak to jej nie szło - pani kasjerka nie mówiła w tym języku, podeszłam i zaoferowałam swoją pomoc - wiem doskonale, jak to jest być za granicą i nie móc się dogadać, a że okazja użycia języka zawsze jest dla mnie wyzwaniem, pozwoliłam sobie jej pomóc. Pani kupiła bilet przez jakąś agencję w business class na pociąg, który nie istniał na rozkładzie, a "teoretyczna" godzina odjazdu się zbliżała, więc wpadła w panikę...Podeszłyśmy do kasy międzynarodowej - tam niby kasjerka mówiła po angielsku, to znaczy przynajmniej się starała, ale ja byłam jednak sprawniejsza. Pani dokupiła miejscówkę, dowiedziała się wszystkiego o swoim pociągu i nawet chciała mnie w podziękowaniu za pomoc zaprosić na kawę, ale ja już czasu nie miałam, bo mój pociąg uciekł by mi z pewnością...
Ale wracając do tematu - pani przyleciała z Rumunii do Krakowa, miała dojechać do Katowic, gdzie czekali na nią znajomi, z którymi miała pojechać do Czech. Mama uczyła angielskiego, tato był Niemcem, więc ona jakby naturalnie mówiła i po angielsku, i po niemiecku. Teraz jak wyglądała - była wysoka, szczupła, miała około 40 lat, ale wyglądała jak lalka Barbi w pozytywnym tego słowa znaczeniu - szpilki, jeans'y, biała bluzka, marynarka, piękne, długie, kręcone rude włosy, delikatny makijaż, francuski lakier na paznokciach i używała ślicznych perfum - chyba przyciągała wzrok wszystkich ludzi, nie tylko mężczyzn...I była miła i rozmowna:)

Gdzieś ostatnio czytałam, że gdy stoimy obok pięknych ludzi, sami wydajemy się ładniejsi...Może i ja chwilkę się tak poczułam..Dla mnie najistotniejsze było jednak to, że mogłam sobie angielskiego poużywać...Fajnie się wtedy czułam - po prostu w swoim żywiole...Jak sobie pomyślę o moim monotonnym życiu w monotonnej wsi z monotonnymi ludźmi, mam odruch wymiotny...Zawsze chciałam mieszkać w Anglii i to marzenie nigdy się nie spełniło, pomimo usilnych prób...Taki los?

2 komentarze:

  1. Chyba zainwestuję w swój angielski, może kiedyś się przyda... :D

    OdpowiedzUsuń
  2. To lepiej już, bo musiałbyś płynnie mówić - ja przypuszczam, że część z tych osób w kolejce, w szczególności młodych, umiała mówić po angielsku, ale bała się odezwać - ta nieszczęsna bariera językowa...Sama pamiętam doskonale, jak swoją przełamałam - a byłam wtedy już po licencjacie...But better late than never:)

    OdpowiedzUsuń