Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 29 lipca 2012

od jutra, od jutra, od jutra...

Od jutra zacznę się odchudzać - w moim przypadku nie jeść...Nie zacznę, bo nie mam motywacji, bo moja waga stoi od 3 lat, bo jak jem, to momentalnie tyję - 1 kg dziennie to norma, jak nie jem i się pilnuję (mówię tu o niejedzeniu lodów i słodkości, bo innych rzeczy już i tak nie potrafię jeść) - waga stoi na swoim stałym miejscu. W zeszłym tygodniu spróbowałam sobie Dukana i....przytyłam 60 dkg w jeden dzień...Można sobie w łeb strzelić....

Tak mi się wali jakoś wszystko ostatnio - praca, dom, OLT upadło (Amsterdam nam przepadł - czy jak ja coś organizuję, to z góry jest to skazane na porażkę?), dieta...Chociaż wiem, że po burzy zawsze przychodzi słońce i że takie załamki to są u mnie na porządku dziennym, a przecież coś bardzo fajnego wydarzy się za kilka miesięcy, jakieś moje kolejne marzenie się spełni, czyli mam na co czekać...Jak kiedyś na ubranie jeans'ów - 30 lat o tym marzyłam, a teraz jest prawie pewne, że podobne marzenie się spełni...
Wczoraj rozmawiałam z moim znajomym i zastanawialiśmy się, dlaczego jego małżeństwo już niedługo się rozpadnie definitywnie...a może nie? Oboje po studiach, dobrze zarabiający - on jest na kierowniczym stanowisku, wysportowany, przystojny, normalny...Piękna żona, która przez dwa lata go zdradzała i 3 miesiące temu mu o tym powiedziała, bo już nie mogła go okłamywać...Chciała ze sobą skończyć, ale nie dała rady...I tak sobie żyją ze sobą, mają 16-to letnią córkę, uczennicę liceum - na pozór - szczęśliwa rodzina...I wszystko się zawaliło...

U mnie wali się codziennie - przede wszystkim mam za dużo czasu na rozmyślanie i umartwianie się nad sobą - i jak widzę udane życie innych ludzi (może to tylko pozory), to jeszcze bardziej się dołuję...I tak w kółko jedno i to samo...Jak pewnie u wielu...

piątek, 27 lipca 2012

w towarzystwie pięknej kobiety

W środę musiałam odwiedzić moje ukochane miasto, Kraków, miałam tam do załatwienia bardzo ważną sprawę, ale też odwiedziłam moją koleżankę - o niej kiedy indziej...

Gdy stałam w kolejce do kasy, by kupić bilet powrotny, przede mną stała wysoka kobieta, która próbowała się dogadać po angielsku - a że nijak to jej nie szło - pani kasjerka nie mówiła w tym języku, podeszłam i zaoferowałam swoją pomoc - wiem doskonale, jak to jest być za granicą i nie móc się dogadać, a że okazja użycia języka zawsze jest dla mnie wyzwaniem, pozwoliłam sobie jej pomóc. Pani kupiła bilet przez jakąś agencję w business class na pociąg, który nie istniał na rozkładzie, a "teoretyczna" godzina odjazdu się zbliżała, więc wpadła w panikę...Podeszłyśmy do kasy międzynarodowej - tam niby kasjerka mówiła po angielsku, to znaczy przynajmniej się starała, ale ja byłam jednak sprawniejsza. Pani dokupiła miejscówkę, dowiedziała się wszystkiego o swoim pociągu i nawet chciała mnie w podziękowaniu za pomoc zaprosić na kawę, ale ja już czasu nie miałam, bo mój pociąg uciekł by mi z pewnością...
Ale wracając do tematu - pani przyleciała z Rumunii do Krakowa, miała dojechać do Katowic, gdzie czekali na nią znajomi, z którymi miała pojechać do Czech. Mama uczyła angielskiego, tato był Niemcem, więc ona jakby naturalnie mówiła i po angielsku, i po niemiecku. Teraz jak wyglądała - była wysoka, szczupła, miała około 40 lat, ale wyglądała jak lalka Barbi w pozytywnym tego słowa znaczeniu - szpilki, jeans'y, biała bluzka, marynarka, piękne, długie, kręcone rude włosy, delikatny makijaż, francuski lakier na paznokciach i używała ślicznych perfum - chyba przyciągała wzrok wszystkich ludzi, nie tylko mężczyzn...I była miła i rozmowna:)

Gdzieś ostatnio czytałam, że gdy stoimy obok pięknych ludzi, sami wydajemy się ładniejsi...Może i ja chwilkę się tak poczułam..Dla mnie najistotniejsze było jednak to, że mogłam sobie angielskiego poużywać...Fajnie się wtedy czułam - po prostu w swoim żywiole...Jak sobie pomyślę o moim monotonnym życiu w monotonnej wsi z monotonnymi ludźmi, mam odruch wymiotny...Zawsze chciałam mieszkać w Anglii i to marzenie nigdy się nie spełniło, pomimo usilnych prób...Taki los?

niedziela, 22 lipca 2012

psychologia otyłości

KTO CHCE, NIECH CZYTA...BARDZO MĄDRY ARTYKUŁ Z SIECI NA TEMAT NAŁOGU JEDZENIA

sobota, 21 lipca 2012

na siłowni

Od dwóch tygodni chodzę na siłownię - ja zawsze to lubiłam, szczególnie, gdy przynosiło efekty - po dwóch godzinach tam spędzonych czuję się jak po zastrzyku z endorfin...Po pierwszym tygodniu byłam bardzo obolała, ale po drugim niestety zauważyłam...że coraz lepiej daję radę...Po czym to widzę? Bo jak pierwszy raz weszłam na bieżnię, to po pół godzinie padałam, teraz - niestety - nie padam, nawet godzinę przejdę, tylko mi się zaczyna coraz mniej chcieć...

Dlaczego? Bo stało się to, co w Radawie.- w pierwszym tygodniu schudłam 5 kg, a potem zastój kompletny...Teraz dzieje się to samo - przez pierwszy tydzień schudłam 4 kg, a w drugim tygodniu - nic! To znaczy dzisiaj coś ruszyło w dół, ale to nic w porównaniu z pierwszym tygodniem! Nie muszę nadmieniać, że od dwóch tygodni dieta 100 - procentowa oprócz środy, gdzie zjadłam 2xlody (od dwóch tygodni oprócz tej środy nie zjadłam ani jednego!), co w moim przypadku jest nie lada osiągnięciem - ja jestem od nich uzależniona! Mogę nic nie jeść konkretnego (i tak jest), byle tylko zjeść loda! Co jem?
śniadanie:
2xsteropian (pieczywo chrupkie)+2 plasterki szynki+1/2 ryby w pomidorach
przekąska: arbuz lub jabłko
obiad: 2 kawałki fileta z ryby+ogórki zwykłe lub korniszony
przekąska: jabłko lub jogurt 0%
kolacja: 4 łyżeczki otrąb + mleko 0,5% lub mały kubeczek musli 0%

Korzystam z tabeli kalorii i wychodzi mi po 600 - 700 kcal dziennie i co? Ano pstro! Dlatego wczoraj miałam załamanie i nie pojechałam...Bo lepiej było poleżeć i poczytać książkę i trochę popłakać, ale od poniedziałku powrót, bo trochę członkostwo w tym klubie kosztuje...Ale jak to w prywatnym klubie, nie mogę się niczego kompletnie przyczepić - sprzęt super, wszystko działa, obsługa super miła, panie prowadzące zajęcia też - chociaż podpadłam kilka razy pani od ABT za żucie gumy, ale już się poprawię...
Najbardziej podoba mi się ZUMBA - pani prowadząca około 40, tryska humorem, energią, ma z 5 kg za dużo (inne wyglądają perfekcyjnie!), a jak się rusza....Te ruchy...Chyba żadna ćwicząca tak nie potrafi...
Gdybym była facetem:) Ale nie jestem!
Co jeszcze lubię? Bieżnię i rowerek - bo jak na nich ćwiczę, to czytam - teraz "Przypadki pani Eustaszyny" i jak zwykle "Angorę"...
Jak się tam czuję? Dobrze, lub nawet bardzo dobrze - może oprócz pierwszych zajęć, na które poszłam - pilatesu - ponieważ było tylko 10 osób, z nich ja najgrubsza i nie dawałam rady i pani podchodziła mnie poprawiać, a ja tego NIE CIERPIĘ! Ćwiczę, jak mogę! I już nie poszłam na niego więcej...może kiedyś pójdę, ale z drugiej strony jak porównać mnie, ważącą 88 kg do szczupłych dziewczątek, ważących 50 kg lub mniej? Wszystkie inne zajęcia nie dały mi odczuć, że jestem najgrubsza, bo nie byłam,,,I średnia wieku też inna...Ale co jeszcze zauważyłam? Że na siłownię chodzą dziewczyny o wiele grubsze niż ja, ale nie chodzą na zajęcia dodatkowe! Dlaczego? Bo tam trzeba trzymać tempo...Na ostatnich ABT (coś jak aerobik) była młodsza ode mnie dziewczyna, ale o mniej więcej takiej samej budowie i pani instruktorka podeszła ją poprawić...Widać było złość na jej twarzy...Gdyby podeszła do mnie, już więcej na te zajęcia bym nie poszła...

A od poniedziałku będę chodziła do "Amazonki" na drenaż limfatyczny - i nie wiem, jak z siłownią wtedy, bo pan SUPER masażysta powiedział, że pasowałaby dwutygodniowa przerwa - bo będę mieć całe nogi do pachwiny w bandażach...Pożyjemy, zobaczymy....

niedziela, 15 lipca 2012

stara przyjaźń nie rdzewieje?

W czwartek odwiedziłam moją koleżankę, która kiedyś, pewnie ponad 10 lat temu uczyłam angielskiego. B. mieszka teraz w Krakowie, ale jej tato mieszka ciągle kilka wsi ode mnie, więc pojechałam...Nie muszę nadmieniać już czym, bo to oczywiste....

B. jest dwa lata starsza ode mnie, ma męża, który uczy na AGH i B. też tam pracuje. Mają dwoje dzieci, Patrycję i Bartka. B. zmarła mama, gdy ta miała około 10 lat, potem wychowywał je (B. ma siostrę) ojciec oraz jego siostra. Spędziłam u niej właściwie cały dzień. dużo się ogadałyśmy, bo znamy się długo i trochę też o sobie wiemy. B. opowiadała mi o rodzinie swojego męża i wszelkich zawiłościach tam, o problemach z dziećmi (moje tzw. koleżanki już tego nie robią, bo nie żyję w ich świecie) - takie dylematy matki, która ma ciągle wątpliwości, czy dobrze je wychowuje, o jej ojcu, który ma 82 lata, mieszka sam, o tym, że pewnych rzeczy mu nigdy nie wybaczy i że pozwoli mu żyć i umrzeć w taki sposób, jaki chce - to mądrość jej Męża...

Gdy B. wyszła do ogródka, zostałam sama na chwilkę z jej dziećmi i zaczął się krzyżowy ogień pytań - a masz męża? a czemu nie masz dzieci? a chciałabyś mieć? Jak stwierdziła Patrycja (3 klasa podstawówki), przecież żyje się dla rodziny więc muszę się bardziej postarać:) A Bartek - nie martw się, jeszcze będziesz mieć dzieci...I powiedział to takim tonem, że...Chciał mnie pocieszyć, bo Bartek to taka przylepa...Potem przyszła Ich mama i temat się urwał. Gdy dzieci wyszły, powiedziałam jej o naszej rozmowie, B. przeprosiła za zachowanie córki, ja się nie czułam jakoś urażona, bo ile ja już takich rozmów z dziećmi odbyłam...Ale te dzieci zawsze wyrażały troskę o mnie, nic innego, w porównaniu do pogardy okazywanej przez dorosłych...

B. na koniec powiedziała, że czemu ktoś taki jak ja ma być sam? Ona tego nigdy nie zrozumie...Ja też...
A wczoraj B. odwiozła tatę do szpitala...

czwartek, 12 lipca 2012

dieta postmodernistyczna

Dostałam od koleżanki, warto wkleić na bloga..i poczytać:) Tym bardziej, że takie podejście do odchudzania prezentowałam przez większość swojego grubego życia...Teraz patrzę na to z przymrużeniem oka, ale kiedyś...

poniedziałek, 9 lipca 2012

wizyta u wróżki



Dużo dzisiaj się działo, a to dlatego, że moją koleżankę zostawił wczoraj chłopak, z którym była i potrzebowała kogoś, kto jej wysłucha, a że wiadomo, że umiem słuchać, to spędziłam z nią cały dzień....
I gdzie poszłyśmy? Do wróżki! To był mój pierwszy raz...Bardzo się bałam, i wierzcie mi, było czego...Kiedyś skorzystałam już z jej porady po zerwaniu mojego pierwszego poważnego związku....Ale to była tylko rozmowa telefoniczna, więc się nie liczy...Dzisiaj było na żywo...

A więc...Dowiedziałam się wielu istotnych rzeczy...Wierzyć nie wierzyć, ale jest bardzo dużo prawdy we wszystkim, co powiedziała...Po pierwsze, gdybym wyszła za mąż za A., miałabym z nim dwoje dzieci (podobno tyle jest mi pisane - bez komentarza, jestem realistką jednak!), a on zdradzał by mnie na prawo i lewo i rozwiodłabym się na pewno z nim, bo bym nie wytrzymała...Według mnie to prawda, bo próbkę zazdrości, szukania sobie innej będąc ze mną plus próbkę nałogu przerobiłam z nim już wtedy...I nawet dzisiaj z perspektywy czasu patrząc wiem, że nie wytrzymałabym z nim długo, bo już wtedy doprowadzał mnie do szału!
Po drugie - przepowiedziała też dużo złych rzeczy w domu, których i tak podświadomie się spodziewam...I nigdy nie będę na nie gotowa...Ten mój dom - czemu od razu widać, że źle funkcjonuje? Gdyby funkcjonował dobrze, może nie byłabym uzależniona od jedzenia? Do jakiego stopnia nasze środowisko ma wpływ na nasz nałóg? Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem...Jedno jest pewne - postanawiam doceniać te chwile spędzone z mamą i tatą i więcej odpuszczać i mniej się czepiać...Gdyby to jeszcze działało w drugą stronę...


Po trzecie  - będę jeździć! Po czwarte - czekają mnie wesela (jedno na pewno, ale na razie się modlę, by nie być zaproszoną, bo i tak nie pójdę - samej się nie chodzi), po piąte - podobno wyjdę kiedyś za mąż, kandydatów będzie dwóch, obaj po studiach, wybiorę podobno tego drugiego, który będzie kobieciarzem i do tej pory będzie przebierał, ale będzie pracowity i będzie można na nim polegać, bo mnie pokocha i będę z nim do końca życia...On też będzie ciemny, a mi zawsze się podobają faceci z czarnymi włosami i wysocy - mój typ... Po szóste - dokonała mojej dobrej charakterystyki, która wynika z mojego znaku zodiaku - jestem jego typową przedstawicielką,  więc Ameryki nie odkryła...Po siódme - określiła typ facetów, których przyciągam - nieudaczników, bo na mnie można się oprzeć i wszystko załatwię....Po ósme - lepiej być samą niż być z takim, co wykończy psychicznie... Po dziewiąte - poprawiła mi humor na dzisiaj, po dziesiąte - czemu nie powiedziała, że aby poznać tego "mojego księcia", muszę schudnąć 20 kg? (to moje dowalenie sobie....)



sobota, 7 lipca 2012

skazana na smotność

 Czytałam sobie dzisiaj moje - czasami ulubione - forum "Wyżalnia", gdzie wszyscy, którzy dostali kopa od życia, użalają się nad sobą, ponieważ chcą - według mnie - by było im lżej na duszy - tak jak ja na moim blogu...
I poczytałam sobie wątek "Skazana na samotność" - tu wkleję kilka cytatów z tego forum:

zapomniałam jeszcze dodać...świetne są pytania o małżonka, dzieci...
nie masz...to tak jakby nie istniejesz, nic nie osiągnąłeśwink 

  Dla mnie wolność jest synonimem dotkliwej samotności, na którą, jak pisał Bacon, stać albo bogów, albo bestie. Problem w tym, że ja, tak jak spora większość, jestem tylko człowiekiem… 

bo stary kawaler i stara panna to wyrzutki niechciane przez nikogo... 


Z wszystkimi stwierdzeniami się zgadzam, bo doświadczam ich prawdziwości na co dzień. Nie dalej jak wczoraj - poszłam odebrać mojego Opelka z czyszczenia tapicerki i spotkałam męża mojej koleżanki, który czekał na swojego syna pod kościołem. To bardzo fajna rodzina, znamy się tyle lat, kiedyś On pomógł mi znaleźć super dodatkowe zajęcie, właśnie przeprowadzili się do nowego domu w mojej miejscowości (Boże, nie wiem, jak ja napiszę tego posta, skoro już teraz tak płaczę...). Porozmawialiśmy chwilkę o jego żonie i dzieciach, a on - bo jest taktowny - nie zapytał co u mnie...Jak jesteś sama, jest tak jak w pierwszym cytacie - jakby nie istniejesz, nic nie osiągnąłeś....

Ja jestem takim wyrzutkiem społeczeństwa. Tak się czuję. Kiedyś miałam kilka koleżanek, które jeszcze od czasu do czasu mnie zapraszały do siebie, teraz już nie...Bo ja już nie należę do ich świata - one mają dzieci, mężów, po co ja im jestem potrzebna? Stara panna...I co z tego, że coś sobą reprezentuje, że coś osiągnęła, przecież nikt jej nie chce, więc czemu ja mam ją chcieć...Boli strasznie to, co piszę, ale to prawda....Nie winię ich, przeczytałam "Przebudzenie" ze dwa razy i dzięki tej książce nauczyłam się jednego - człowiek nie robi Tobie czegoś wbrew Tobie, ale by Jemu samemu było dobrze....

A ja ciągle walczę i robię wszystko, by kogoś poznać, ale już tyle razy mnie odtrącono (ja zresztą też - głównie z powodu tzw. głupoty płci przeciwnej - pomimo wszystko, nie będę z nikim po zawodówce, który KTURY pisze przez u otwarte, to jest dla mnie nie do przeskoczenia - to znaczy nie chodzi tylko o ortografię, bo to tak naprawdę nieistotne na dłuższą metę, ale o to, że ja dużo czytam, nie tylko prasy ale i książek, lubię podróżować, kino, teatr, wiem kto to Wajda czy że Londyn to stolica UK - w końcu jestem też tłumaczem...itd). Czasami myślę, ile jeszcze wytrzymam....


Dlatego czasami żałuję, że schudłam...Bo po co? by TAK cierpieć? Jak byłam otyła, mogłam się zażreć na śmierć - wtedy też nie tęskniłam za tym, co najistotniejsze w życiu, bo nigdy przenigdy tego nie doświadczyłam...A teraz wiem, czego chcę na prawdę, ale mieć tego i tak nie będę....Jestem już za stara, ciągle za gruba, z wiszącą skórą na rękach, nogach, brzuchu...Cała do remontu, a tak się nie da...Czemu nie mogłabym się narodzić jeszcze raz, tylko NORMALNA!!!!!!!!!!!????????????????????

środa, 4 lipca 2012

baba za kółkiem

Zawsze staram się pisać o jedzeniu i nadwadze, bo taki jest ten mój blog, ale dzisiaj będzie inaczej. Na jednym z portali ukazał się dzisiaj taki artykuł:
baba za kółkiem
A ponieważ jestem na razie na początku tej drogi, pozwolę go sobie skomentować, bo...jestem typową jego bohaterką:

1. Baby są bojaźliwe
- "Długo będziemy się jeszcze tak wlekli? Dlaczego go nie wyprzedzisz?" - pyta prowadzącą auto żonę coraz bardziej zirytowany mąż, jadący w roli pasażera.
- "Bo nie wiem, czy zdążę. Z przeciwka cały czas coś jedzie..."
Ja też tak mam - wolę być ostrożna niż pchać się na siłę...I dzisiaj też kierowca z tyłu pokazał mi, że jestem świrnięta, bo nie wyprzedziłam rowerzystki na podwójnej ciągłej - przecież po drugiej stronie nic nie jechało...

 2. Baby są niezdecydowane
 Niektóre baby włączają migacz już na kilometr przed skrętem, inne robią to w ostatniej chwili. Nie sygnalizują zamiaru zmiany pasa ruchu, lecz sam skręt. I jedno, i drugie - bez sensu.    
Ja staram się to robić jakoś normalnie, ale zauważam, że gro kierowców włącza kierunkowskaz w momencie skrętu - ja do nich nie należę.
3. Baby nie umieją parkować
 Baba, by zaparkować, potrzebuje do tego manewru miejsca, wystarczającego na ustawienie trzech pojazdów. I nigdy nie potrafi zmieścić się w wyznaczonym liniami boksie na parkingu w centrum handlowym
 Potwierdzam - staram się szukać miejsc na dwa samochody, ale jak jest na jeden to też się zmieszczę - natomiast koła stoją mi przeważnie krzywo...Na początku był to stres niemiłosierny, teraz ...to raczej bez znaczenia, bo inni też tak parkują...

 4. Baby nie znają się na technice motoryzacyjnej
Wiem, gdzie jest silnik i jak włączyć światła i gdzie są wycieraczki i jak otworzyć bagażnika i umiem SAMA zatankować i wiem, jak wygląda i ile kosztuje mój samochód docelowy, który kiedyś kupię na pewno - TOYOTA YARIS. Jestem z nim zakochana od kilku lat, tak jak od pierwszego wejrzenia wpadł mi w oko Opel Corsa jako mój pierwszy samochód. Tylko jak ja się przestawię na normalny wsteczny w Yarisce? Bo w Oplu jest do przodu...

 5. Baby nie dostrzegają przyjemności, płynącej z jazdy samochodem
 Dla bab samochód jest tylko środkiem transportu. Ma być funkcjonalny. Wygodne fotele, dobra widoczność, łatwy dostęp do tylnych siedzeń, bezproblemowy montaż fotelika dla dziecka, bagażnik mieszczący hipermarketowe zakupy... I żeby wóz mało palił. Z cech pozaużytkowych liczy się wyłącznie kolor nadwozia. Frajda z szybkiej jazdy rasową tylnonapędówką? A co to takiego? 
 Zgadzam się, że samochód daje niesamowitą niezależność i nawet ja się już "zwygodniłam", ponieważ wolę wydawać pieniądze na paliwo niż stać na przystanku, nie wspomnę już o taszczeniu zakupów...
 6. Babom brakuje podzielności uwagi
Ręce zaciśnięte na kierownicy, wzrok utkwiony w drodze... Baby za kółkiem są całkowicie skupione na czynności prowadzenia samochodu. Nie dostrzegają niczego, co dzieje się wokół nich
 Tak wyglądał mój pierwszy raz...Ale za każdym razem jest lepiej...Poza tym wszyscy, którzy na mnie trąbią, przyciągają moją uwagę:)  


Fakt jest jeden - przepisy i znaki sobie, a kierowcy sobie - stoję sobie na przejściu, nakaz jazdy w prawo nagle kierowca sobie wspomniał, że zmieni kierunek jazdy i się wrył przed dwa samochody przed nim i przejechał sobie na lewy pas...Takich sytuacji obserwuję dziesiątki, kiedyś bym nawet nie zwróciła na nie uwagi, a teraz jazda czy spacer po mieście to już nie to samo...
 
 

niedziela, 1 lipca 2012

babski wieczór

Wczoraj spędziłam fajny wieczór z moją koleżanką, która pomimo tego, że jest dość sporo młodsza ode mnie, ma ten sam problem - była kiedyś bardzo gruba... Odstawiłyśmy się - o ile to można tak nazwać:) - i poszłyśmy do jednego z klubów w naszym mieście. Nie omieszkam dodać, że wykorzystuję już coraz lepiej mój ulubiony środek transportu, od którego chyba zaczynam się pomału uzależniać. A w klubie kompletna pustka...Pewnie dlatego, że przecież w naszym centrum odbywał się koncert z wieloma słynnymi gwiazdami...Potem poszłyśmy na Rynek, a tam ani jednego wolnego miejsca..Przeważała młodzież, ja już czułam się tam trochę staro, ale to wiadomo - kwestia interpretacji... Wróciłyśmy do domu przed północą, ale zasnęłyśmy pewnie gdzieś przed czwartą, ponieważ Kinga wspominała swoje dzieciństwo - takie jak moje - pełne pogardy, odrzucenia, wyalienowania.

Kinga dokładnie pamięta takie chwile - gdy była w czwartej klasie, na przerwie podszedł do niej jej kolega - ona wtedy jadła, i gdy się zbliżał, wypluła bułkę do plecaka...Na dyskotekach nikt nigdy z nią nie tańczył, nie zaprosił na 18-stkę, nie miała z kim tańczyć na weselach - jak ja. Kinga stwierdziła, że to, że była kiedyś gruba - teraz waży 70 kg - to kara za to, że jej ojciec kiedyś był bardzo chudy i wtedy wyśmiewał się z grubych. Teraz sam waży 120 kg przy 175 cm wzrostu. Wierzyć, nie wierzyć...Przykład z mojego życia - gdy byłam w szkole średniej, pamiętam taką scenę - wysiadam z autobusu, pewna kobieta mówi - "Ale się spasłaś..." - niech ją szlag...I co teraz? Uczę jej wnuka, który jest...gruby! Serce mi się kraje, jak go widzę...Jest bardzo dobrym uczniem, który robi wszystko - raczej nieświadomie - by nikt go nie zauważał...A gdy je, nawet na nikogo nie popatrzy....Historia kołem się toczy...

Potem oglądałyśmy moje zdjęcia - właściwie nikomu ich nie pokazuję - z moich "tłustych lat"...Katastrofa!
A dzisiaj jadę na grilla - i tyle w temacie....
Ale waga czuwa...I już zawsze tak będzie, bo inaczej już nie umiem żyć....Kolejny nałóg?