Łączna liczba wyświetleń

piątek, 8 czerwca 2012

everybody dies...

"Każdy umiera..." - to tytuł ostatniego odcinka ostatniej serii mojego ulubionego serialu "Dr House". Obejrzałam go wczoraj wieczorem, a że byłam w smutnym nastroju, to trochę też popłakałam - w końcu obejrzałam osiem serii...



House ma mnóstwo problemów - Willson walczy z nowotworem, on sam za próbę uduszenia pacjenta zostaje skazany na 6 miesięcy więzienia (a tylko tyle czasu zostało Willson'owi). House znajduje się w podpalonym budynku, pod nim jest piekło, a obok niego ludzie, którzy coś dla niego znaczyli. House nie chce żyć, mówi, że nie ma po co - nie ma rodziny, nie ma dzieci - ale okazuje się, że był bardzo ważny dla tych wszystkich, którzy pojawiają się w jego omamach. Mniej więcej w połowie odcinka na House'a spada belka i główny bohater umiera. Jest pogrzeb, wszyscy wygłaszają mowy pożegnalne mówiąc, jak wiele House dla nich znaczył i jakim był wspaniałym człowiekiem. Gdy Willson staje przy mównicy, mówi, że House był wrednym człowiekiem, egoistą, ale zawsze dobro jego pacjentów było najważniejsze. I dlatego tylu ich ocalił. I nagle dostaje sms-a - "Przestań już gadać!" - od kogo? Od House'a. Willson wychodzi z kościoła, jedzie spotkać się ze swoim najlepszym przyjacielem, który siedzi na schodach przed domem. I pyta - dlaczego to zrobiłeś? Bo miałem już dość TAKIEGO życia, ale nie życia samego w sobie. Chcę być z Tobą przez te ostatnie 6 miesięcy i również dlatego to zrobiłem. Odcinek kończy się, jak House i Willson odjeżdżają na motorach i cudowną piosenką w tle - piosenką o sile życia.

A ja się tyle opłakałam. Bo House jest gburem, ale cierpi, ciągle szuka sensu życia, jest samotny, ale czy sam? Gdzieś w rozmowach ze swoimi omamami ktoś tłumaczy mu, że to jest jego życie - zagadki, dogryzanie lekarzom na każdym kroku, ujawnianie prawdy. Takie jest jego życie i na tym ono polega.
A moje życie? A moje życie polega na codzienności, na buszowaniu po marketach budowlanych (bardzo dobrze mi idzie dobieranie wyłączników i lakierów) - a ilu fajnych sprzedawców wtedy spotykam - a dzisiaj też nie umiałam zmienić pasa, bo był taki korek i nikt mnie nie chciał puścić, więc sobie objechałam inaczej i dałam radę. Wniosek - nigdy się nie poddawać i walczyć...Gdyby mi ktoś rok temu powiedział, że będę sobie SAMA pomykać do Rzeszowa, kazałabym mu się puknąć w głowę. A jednak - udało się:) Cuda się zdarzają?

2 komentarze:

  1. Witaj Jedzenioholiczko...Jak sobie radzisz z nałogiem? Bo ja niestety kiepsko, pozdawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. moja walka z nałogiem to waga co rano....i tak już od prawie 3 lat...Każdy dzień to walka...Zobaczymy, ile będzie na wadze po dzisiejszym grillu...Jutro tylko jabłka zostaną....

    OdpowiedzUsuń