Łączna liczba wyświetleń

piątek, 29 czerwca 2012

koniec....

Dzisiaj koniec roku....Dużo stresów, nerwów, ale też uśmiechów, ciekawych rozmów, wyrazów sympatii. Ale nie o tym chciałam dzisiaj. Znowu zakończył się jakiś etap, do jego kompletnego końca jeszcze trochę zostało, czas pokaże, co z nim zrobię...
Dzisiaj bardzo kogoś zraniłam...Nienawidzę siebie za to! Zrobiłam to, czego ja doświadczyłam SAMA tyle razy....Tyle nadziei, siły życia, chęci - jedna rozmowa i czar prysnął...Może za szybko? Czemu ja taka jestem? Co zrobić, by zmienić siebie? Bo staczam się po równi pochyłej, która może mieć tylko jeden koniec...A bardzo tego nie chcę...
Przepraszam...Przepraszam, że nie potrafię uwierzyć w siebie, że zawsze w środku będzie we mnie siedział duch tej grubej, ledwo się ruszającej dziewczyny/kobiety, która była odtrącana zawsze i wszędzie...Która nie wierzy, by ktoś mógł w niej zobaczyć coś innego niż tylko smalec i obwisłe ciało...Która otacza się nie tymi osobami, które by chciała, bo te, których ona chce, nie chcą jej...
Przepraszam...Ulżyło...

czwartek, 21 czerwca 2012

historia, jakich wiele?

Mam kolegę. Powiedzmy, że ma na imię ....Marcin. Gdy Marcin miał 5 lat, umarła jego mama na raka, został sam z siostrą i ojcem. Marcin był zawsze słabym uczniem, skończył zawodówkę, o technikum nawet nie pomyślał, przecież musiał pomagać ojcu utrzymywać rodzinę. Poszedł do wojska, tam na poligonie dostał odłamkiem i nabawił się zeza. Ma dobre serce, dba o innych, ale jednak nie może natrafić na kobietę swojego życia. Był w dwóch związkach - w pierwszym przez dwa lata, jednak po tym okresie czasu dziewczyna go zostawiła bez słowa wyjaśnienia. Potem poznał kobietę z dzieckiem, opiekował się nią, jej synka pokochał jak swojego, po czym ona najzwyczajniej w świecie zaczęła go zdradzać i odeszła do innego. Marcin cierpi. Największym jego marzeniem jest posiadanie rodziny - żony, dzieci. Nie chce być sam. Marcin pracuje w wytwórni płyt pilśniowych na trzy zmiany za niewielką pensję. Jest odpowiedzialny, nie pije, nie pali, cały swój wolny czas spędza na pięknej działce, o którą dba jak o swój dom. Jest śliczna. Zadbana, wypielęgnowana. Wydaje się być idealnym kandydatem na męża. Ale jest sam. Dlaczego? Bo - jak twierdzi - jest brzydki...Według mnie nie jest, ale on jest o tym święcie przekonany, że tak jest. Marcin ma 31 lat i rany w duszy być może gorsze od moich...


Jest taka reklama w telewizji - kobieta śpiewa kołysankę swojemu dziecku, w której mówi mu, jakie jest do niczego... Jak się ciągle coś takiego słyszy, w końcu zaczyna się w to wierzyć. Ale kto jest na tyle chamski, by powiedzieć drugiemu człowiekowi, że jest brzydki? Niech spłonie w piekle....

Pocieszam Marcina jak mogę i widzę, że on tego bardzo potrzebuje - tak jak ja potrzebuję utwierdzania mnie w tym, że nie jestem gruba. Chociaż jestem.
Idą wakacje...Co się stanie?


sobota, 9 czerwca 2012

zwyczajność

Właśnie wróciłam do domu moim białym "rumakiem" - ulewa była niemiłosierna, to już moja druga jazda w ulewę taką, że nic nie widać - ale dałam radę:)
Grill się odbył, poznałam chłopaka mojej koleżanki - normalny trzydziestolatek ze swoimi planami i marzeniami, cichy, spokojny, jak ona. Była też inna - też ma Opla, ale wersję, na którą ja kiedyś też się przerzucę, jak będę pewniej jeździć. Ta druga jest na etapie urządzania mieszkania, więc trochę porozmawiałyśmy o farbach strukturalnych - właśnie malarz pomalował nią w tym tygodniu mój korytarz na dole - w moim ulubionym, szarym kolorze. Fajnie było siedzieć przy grillu, jeść kiełbasę z pyszną sałatką i pić kawkę w miłym, innym od codziennego, towarzystwie. Dzisiaj zwróciłam uwagę na to, że one były takie normalne dzisiaj - nieumalowane, w jakichś tam rybaczkach i koszulkach, z nieumalowanymi paznokciami - takie zwyczajne...

Dzisiaj mi dobrze i powinnam się z tego cieszyć - pewnie długo nie potrwa ten stan, ale mam się cieszyć nawet z tych kilku fajnych chwil - to podobno  chwilowe budowanie pozytywnego myślenia - tak przeczytałam w "Zwierciadle" - należy cieszyć się każdą miłą w chwilą w życiu. Więc się cieszę:)
 A, zapomniałam, że być może dzisiaj zmarnowałam szansę mojego życia - ale może powinnam była to zrobić już dawno temu? Kto wie.....Cytat mówi sam za siebie...

piątek, 8 czerwca 2012

everybody dies...

"Każdy umiera..." - to tytuł ostatniego odcinka ostatniej serii mojego ulubionego serialu "Dr House". Obejrzałam go wczoraj wieczorem, a że byłam w smutnym nastroju, to trochę też popłakałam - w końcu obejrzałam osiem serii...



House ma mnóstwo problemów - Willson walczy z nowotworem, on sam za próbę uduszenia pacjenta zostaje skazany na 6 miesięcy więzienia (a tylko tyle czasu zostało Willson'owi). House znajduje się w podpalonym budynku, pod nim jest piekło, a obok niego ludzie, którzy coś dla niego znaczyli. House nie chce żyć, mówi, że nie ma po co - nie ma rodziny, nie ma dzieci - ale okazuje się, że był bardzo ważny dla tych wszystkich, którzy pojawiają się w jego omamach. Mniej więcej w połowie odcinka na House'a spada belka i główny bohater umiera. Jest pogrzeb, wszyscy wygłaszają mowy pożegnalne mówiąc, jak wiele House dla nich znaczył i jakim był wspaniałym człowiekiem. Gdy Willson staje przy mównicy, mówi, że House był wrednym człowiekiem, egoistą, ale zawsze dobro jego pacjentów było najważniejsze. I dlatego tylu ich ocalił. I nagle dostaje sms-a - "Przestań już gadać!" - od kogo? Od House'a. Willson wychodzi z kościoła, jedzie spotkać się ze swoim najlepszym przyjacielem, który siedzi na schodach przed domem. I pyta - dlaczego to zrobiłeś? Bo miałem już dość TAKIEGO życia, ale nie życia samego w sobie. Chcę być z Tobą przez te ostatnie 6 miesięcy i również dlatego to zrobiłem. Odcinek kończy się, jak House i Willson odjeżdżają na motorach i cudowną piosenką w tle - piosenką o sile życia.

A ja się tyle opłakałam. Bo House jest gburem, ale cierpi, ciągle szuka sensu życia, jest samotny, ale czy sam? Gdzieś w rozmowach ze swoimi omamami ktoś tłumaczy mu, że to jest jego życie - zagadki, dogryzanie lekarzom na każdym kroku, ujawnianie prawdy. Takie jest jego życie i na tym ono polega.
A moje życie? A moje życie polega na codzienności, na buszowaniu po marketach budowlanych (bardzo dobrze mi idzie dobieranie wyłączników i lakierów) - a ilu fajnych sprzedawców wtedy spotykam - a dzisiaj też nie umiałam zmienić pasa, bo był taki korek i nikt mnie nie chciał puścić, więc sobie objechałam inaczej i dałam radę. Wniosek - nigdy się nie poddawać i walczyć...Gdyby mi ktoś rok temu powiedział, że będę sobie SAMA pomykać do Rzeszowa, kazałabym mu się puknąć w głowę. A jednak - udało się:) Cuda się zdarzają?

sobota, 2 czerwca 2012

łza goni łzę...

Dawno nie pisałam, a jednak mam kilku stałych czytelników, bo widać to po cyfrach...
O czym mogłabym napisać? O kłótni z moją mamą w zeszłym tygodniu, która nic złego mi nie powiedziała, a ja odebrałam to jak dopieczenie mi do żywego - jak popatrzę na to z perspektywy czasu, to znowu wzrasta we mnie ogromne poczucie winy i autoagresja, że zawiodłam na jakimś tam polu. O śmierci członka mojej rodziny i o pogrzebie, który musiałam cały sama załatwić i o tym, że na świecie są jeszcze ludzie, którzy pomogą w trudnych chwilach...

Napiszę też o tym, że dalej zadaję sobie pytanie, po co ta moja egzystencja. To znaczy, trochę wiem, zawsze jest coś do zrobienia, są coraz starsi rodzice, a na dzisiejszym pogrzebie zobaczyłam to wyraźnie - tato, który ledwo szedł pod górkę, mama, która podtrzymywała się ramienia brata, bo też było jej ciężko...W tym tygodniu porozmawiałam sobie z moją mądrą koleżanką, która kazała mi sobie wyobrazić, jak będzie wyglądało moje życie bez mamy, gdy jej już nie będzie i czy warto trzymać tą "zadrę" w sobie - wniosek przyszedł do głowy w 3 sekundy - nie warto, bo ona jest tylko człowiekiem, a ona ma 100 razy lepszy charakter niż ja i ja to doskonale wiem.I jak jej nie będzie, to nie wiem...

Dzisiaj rano siedzieliśmy sobie we troje w kuchni, tato stwierdził, że jestem okropna, bo pani wczoraj wydrukowała nekrolog, który kazałam jej poprawić, bo miał błędy interpunkcyjne i że aż jej ciśnienie podskoczyło - ja tego nie zauważyłam. Mama mu przytaknęła, że od czasu zrzucenia ze swoich barek przeciętnie ważącej osoby, bardzo się zmieniłam, bo teraz "mam taką dużą buzię" - i zgadzam się - 30 lat żyłam w uniżeniu przed wszystkimi ludźmi, nigdy nie powiedziałam niczego niemiłego, bo nie chciałam usłyszeć - ale jesteś gruba. Teraz nie czuję się gorsza od innych i moja pewność siebie wzrosła ogromnie. I poczucie własnej wartości też. A gdyby jeszcze wyciąć te nietoperze na rękach, sflaczały brzuch i pół tony smalcu na nogach, byłabym już normalna. Ale co to znaczy być normalnym według mnie?