Łączna liczba wyświetleń

piątek, 18 maja 2012

byłaś moją ulubioną koleżanką

Takie zdanie usłyszałam dzisiaj od niewidzianej od około 1,5 roku koleżanki, z którą kiedyś pracowałam na jednej z prywatnych uczelni. Spotkałyśmy się we trzy przy okazji wykonywania jednego z naszych dodatkowych "zawodów" i jak to bywa, każda zdawała relację ze swojego życia, moje to porażka, więc nie było o czym mówić. Ale Magda ma tez bogata przeszłość, rozbiła małżeństwo, jest z obecnych mężem ponad 16 lat, ma z nim dwoje dzieci i całe życie "harowała" na swojego męża, któremu do pracy nie zawsze było po drodze, więc to ona zawsze utrzymywała całą rodzinę, on pracował raczej dorywczo. I to ona właśnie tak dzisiaj podsumowała naszą znajomość - jak miło mi to było usłyszeć, chociaż nigdy nie sądziłam, że mnie aż tak lubiła...

Druga, bliższa mi trochę, bo znamy się od studiów, jak zwykle wypytała co u mnie, a że bardzo dużo o mnie wie, więc była i szczerość. Bardzo przytyła, ja przy niej jak chudzinka - zawsze miała tendencje do tycia. A potem mi mówi, że jest w trzecim miesiącu ciąży, że bierze tabletki na podtrzymanie, bo hormony słabe, że bardzo się martwi, ale też i cieszy. Ma już dwuletnią prawie córeczkę, bardzo spokojnego i cichego (według mnie też ciepłego) męża i mnóstwo swoich problemów, o których też co nieco wiem. Pewnie stąd tyle siwych włosów na głowie...I życzę jej jak najlepiej - gdy się rozstawałyśmy, było tyle w niej strachu, by donosić ciążę...Muszę się pomodlić, tylko nie wiem po co, bo Bóg już mnie dawno nie słucha...Ale na pewno nie zaszkodzi...

Wracam sobie do domu, nagle zatrzymuje się samochód, a w niej kolejna koleżanka, która zaoferowała podwiezienie i zapraszała do siebie - zapytała, czemu jej nie odwiedzam? Bo trochę brak czasu, a trochę zły nastrój, więc wtedy nic się nie chce...Najlepiej zamknąć się z samą sobą i wypłakać, gdy nikt nie widzi...Tyle ludzi wokół mnie, którzy mnie lubią i pokazują to, tylko mi ciągle źle...Czasami chciałabym stąd uciec, zapomnieć o wszystkim i wszystkich, ale tak się nie da...Jakoś trzeba żyć...
A, moja "anorektyczka" z poprzedniego postu schudła już do 50 kg, w poniedziałek wzięła 10 Apapów, które na szczęście za chwilę - użyję brzydkiego słowa - zżygała, bo chyba zaczęła myśleć - trochę ją znowu podbudowałam, ale na jak długo to wystarczy? Słaba ze mnie terapeutka, skoro nie jest lepiej - ale powiedziała, że jestem dla niej bardzo ważną osobą, bo ją rozumiem i może się wygadać...Bo jej życiem, jak i moim, rządzi jedzenie, tylko ona jeszcze tego nie wie do takiego stopnia, jak ja, a ja to wiem doskonale, ale mi zeszło chyba 30 lat, by to zrozumieć....Koniec kropka.
Może kiedyś nadejdzie dzień, gdy moje posty będą weselsze - i ta nadzieja mnie trzyma przy...

piątek, 11 maja 2012

czy umiem słuchać?

      Tak, umiem słuchać. Dzisiaj wysłuchałam dziewczynę, która od grudnia schudła 16 kilogramów i wydaje się sobie strasznie gruba. Wpada w anoreksję, dzisiaj za cały dzień zjadła 10 biszkoptów z mlekiem, potem wymiotowała przez pół godziny, ma bardzo dużo myśli samobójczych i sama się boi tego, co może się stać - nie daje sobie sama z sobą rady. Za dwa miesiące będzie pełnoletnia. Pytanie dlaczego? Znowu wracamy do syndromu ojca - bezdusznego człowieka. Rodzina - jak zwykle - na pozór bardzo normalna. Matka - nauczycielka, ojciec - niby wykształcony, a głupi ja but. Który normalny ojciec potrafi powiedzieć córce, że wygląda jak dziwka? Że skończy na ulicy? Co daje mu prawo traktować córkę, która żebrze o jego miłość na każdym kroku, jak swojego najgorszego wroga? Co się dzieje z nim?

      Mam nadzieję, że odwiodłam ją chociaż trochę od zrobienia sobie krzywdy. Powiedziałam, że ojciec na pewno gdzieś w głębi serca ją kocha (płakała), że jest najważniejsza dla swojej matki i swojego rodzeństwa i że próba odebrania sobie życia może zakończyć się tragicznie dla wszystkich, dla niej najbardziej. I że mnie też będzie miała mnie na sumieniu, bo to będzie oznaczało, że jej nie pomogłam. Oby to podziałało. Jakkolwiek jej psychika już jest bardzo okaleczona - podsumowując - powiedziała, że woli umrzeć z głodu niż prosić o cokolwiek ojca....

      Moja inna uczennica spędziła tydzień majowy na oddziale dziecięcym, bo przez miesiąc restrykcyjnie odchudzała się Dukanem, schudła 6 kg - a jest szczupła - i pewnego dnia obudziła się i zaczęła wymiotować samą żółcią. Ma 17 lat, jest super inteligentna, pracowita, ambitna, ładna, dobra - ideał...W szpitalu kroplówka, wizyta u psychologa dziecięcego, teraz diety jej przeszły - mama ją pilnuje, ale już boi się, ile przytyje wracając do normalnego jedzenia. Można zwariować od tych przeżyć innych ludzi....
A co ze mną? Letarg przeplatany z lepszymi dniami, ale daję radę...z sucharami, serkiem i lodami...

niedziela, 6 maja 2012

        Jestem na etapie czytania książki Małgorzaty Gutowskiej - Adamczyk, która rozmawia z pięcioma czytelniczkami, w tym z jedną moją "blogową" znajomą, Kasią. Na początek przeczytałam wszystko, co ona powiedziała, ponieważ mam z nią dużo wspólnego, jeśli chodzi o walkę z nadwagą, a teraz czytam wszystko. Książka przypomina trochę książki Beaty Pawlikowskiej,w której opisuje swoje doświadczenia i udziela rad na życie. Czyta się dobrze - dla mnie to poradnik psychologiczny.
        Kasia pisze, że jej mama mówiła jej, ze jest za gruba i że ma prawo tak mówić, bo jest jej matką. Już za to ja nienawidzę jej matki. Żaden rodzic nie ma prawa powiedzieć tego swojemu dziecku. Żaden!!!! Ja do tej pory pamiętam, jak mój ojciec powiedział, że mam nogi jak wiaderka - miałam wtedy chyba z 10 lat i nie wybaczę mu tego do końca życia. Nic więcej nieprzyjemnego co do wyglądu nie powiedział, bo pewnie bym to pamiętała - chociaż tyle...Mama nigdy, ale to przenigdy nie skomentowała mojego wyglądu, tylko co mi z tego, ja i tak czułam i czuję, jak ona cierpi z mojego powodu...Ile mnie to wszystko kosztuje, że jestem sama, że nie mam swojej rodziny, że boi się, że  zostanę sama...Nie mogę tego pisać, bo już płaczę...
Każda z 5 pięciu bohaterek tej książki już na początku pisze, że nie wyobraża sobie życia samemu...I mają to szczęście, że nie muszą. Ale ile jest takich osób jak ja? Dużo, bo ile sama ja takich znam. Tyle, że oni mają inne podejście do tego, bo mnie to bardzo boli, a może ich też, tylko o tym nie mówią? Bo w sumie ja mówię o tym tutaj, ale na co dzień też tego nie mówię. Ale w środku to tkwi jak zadra. A gdy się traci przyjaciół,. a ja czuję, że tracę kolejnego, to jeszcze trudniej.

Dzisiaj kończy się długi weekend, minął szybko, bardzo dużo rzeczy się wydarzyło, część z nich wróciło do normy, niekoniecznie dobrej normy, coś się skończyło definitywnie - i dobrze, bo nałogowca jednego już mam, a innym pomóc nie umiem - bo psychoterapeutą nie jestem, ale oni też cudotwórcami nie są. Gdy siedziałam na Rynku dzisiaj w moją koleżanką i rozmawiałyśmy o naszej walce z kilogramami, wydawało się nam to bardzo istotnym problemem. A wieczorem dzwoni do mnie i mówi, że miała wypadek, nie zauważyła znaku stopu, dachowała, samochód nadaje się tylko na złom, cud, że żyje i że nie zabiła kobiety w Matizie, chociaż została zabrana do szpitala - pomyślałam - życie może się zmienić w ciągu JEDNEJ sekundy...Muszę się w końcu pogodzić z rzeczywistością - tylko jak?