Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 26 stycznia 2012

życie jak kostka brukowa

Usłyszałam dzisiaj, że moje życie jest jak kostka brukowa - poukładane, przewidywalne, wszystko pasuje do wszystkiego...

Nigdy tak o tym nie myślałam, ale po głębszym zastanowieniu się tak jest. Powiedział to ktoś, kto dokonał wiele szaleństw w swoim życiu, na które ja nigdy bym się nie zdobyła, bo jestem zbyt rozsądna i odpowiedzialna. Taka jestem - nie stać mnie na szaleństwa, na spontaniczność - rzadko... Pewnie jest to związane trochę tez z wiekiem, trochę też z moimi doświadczeniami życiowymi, które pokazują, że za wszystko muszę zapłacić i nigdy, ale to przenigdy nie dostanę nic za darmo - w sensie dosłownym i przenośnym...
Wszystko, co osiągnęłam, czy materialnie czy też nie, zostało okupione ciężką pracą. Harowałam, coś tam się dorobiłam, coś zrobiłam ze swoim życiem, ale tak naprawdę ciągle tkwię w tym samym i nie idę do przodu.
Od soboty oczyszczam ciało, może i umysł się oczyści przy okazji. Boję się, ale nie ma innego wyjścia.

sobota, 21 stycznia 2012

gdzie indziej...

Czytam znowu książkę...
To literatura młodzieżowa, a czytam, bo moja podopieczna musi stworzyć na jej podstawie bloga, więc ...
Książka dobra dla nastolatek, opisuje historię piętnastoletniej dziewczynki, która przy przechodzeniu przez ulicę nie oglądnęła się w obie strony i została potrącona przez samochód. Po śmierci udaje się do krainy zwanej Gdzie Indziej, gdzie ludzie młodnieją aż do wieku niemowlęcego i wtedy wracają jako noworodki do świata ludzi. W krainie Gdzie Indziej istnieje miłość, praca (ale nazywana zajęciem, bo każdy robi to, co kocha), sklepy i wszystko to, co w normalnym życiu.

Dziewczynka chce wrócić do świata żywych wcześniej, ale gdy jest już bardzo blisko niego, wraca do swojej krainy, bo uświadamia sobie, że ktoś ją tam kocha...Wszędzie ta miłość. Książka łatwa w czytaniu, ale sama bym jej nie wybrała.
A gdzie jest moje Gdzie Indziej? Nie ma go i nigdy nie będzie - bo nie wierzę w życie pozagrobowe - a może ono jednak istnieje?

sobota, 14 stycznia 2012

złość na....

Od kilku dni czytam książkę Marii Ulatowskiej "Domek na morzem". Czytam ją dosłownie jednym tchem, ponieważ autorka ma dar pisania lekkiego i łatwego - umie utrzymać uwagę czytelnika.

Jest to opowieść Ewy, która zaczyna opisywać swoje życie z punktu widzenia dziecka, a kończy  - jako dojrzała kobieta. Nie skończyłam jej jeszcze czytać, ale w obecnej chwili Ewa ma 50-kilka lat i właśnie wychodzi za mąż za mężczyznę, którego całe życie kochała, ale którego też oddała swojej najlepszej przyjaciółce. Sama wyszła za mąż za mężczyznę, którego lubiła, ale nigdy nie kochała.. Gdy przyjaciółka zmarła, rozwiodła się z mężem, i wtedy jej prawdziwe - skrywane tyle lat uczucia - doszły do głosu.
Co ja "wzięłam"  dla siebie z tej książki? Pierwsza rzecz -  że niektóre marzenia kiedyś w końcu się spełniają, a druga - to wewnętrzna walka z Bogiem głównej bohaterki. Ma do Niego ogromny żal i jest na Niego obrażona, ponieważ zabierał jej po kolei wszystkie osoby, które kochała - najpierw mamę, potem ojca, później najlepszą przyjaciółkę i chociaż jako dziecko dużo się modliła, w pewnym monecie już nie miała siły i  czuła już tylko złość.

Po śmierci przyjaciółki poszła do kościoła. "No i co, Panie Boże? - spytała - w dalszym ciągu będziesz udawał, że istniejesz? Ze jesteś taki wielki, mądry i sprawiedliwy? Kogo jeszcze mi odbierzesz? Jeszcze Ci mało? To ma być takie dobre i wspaniałe z Twojej strony? Jeśli jednak istniejesz, to chcę, żebyś wiedział, że Cię nienawidzę i tej woli Twojej, jaka ona jest, pojąć nie mogę! Cóż ja Ci takiego zrobiłam, że się tak na mnie uwziąłeś?"
Po przeczytaniu tej sceny przyszłą mi do głowy moja mama. Zazdroszczę jej tej wiary - pomimo tylu cierpień, płaczu, bólu ona wierzy i bardzo gorąco się modli. Zawsze była bardzo blisko Boga, jak mówi - on daje jej siłę i nadzieję, że będzie lepiej. Czasami ja byłam zła na Boga, bo jeśli On ją tak kocha, czemu Ona musi tyle cierpieć? A ja? Mnie już Bóg nie słucha...
.

środa, 11 stycznia 2012

fortuna kołem się toczy

Gdy chodziłam do szkoły średniej, jak dziś pamiętam taki moment - wysiadam z autobusu, a pewna kobieta z mojej miejscowości mówi - ale się spasłaś... (Czy można tak wogóle się odezwać do drugiego człowieka? Trzeba być nie lada idiotą i nie mieć za grosz taktu...). Długo wtedy przepłakałam, a mimo wszystko zostało to we mnie do dzisiaj, bo takich słów się nie zapomina....Nigdy....

Teraz ta kobieta ma grubego wnuka - bardzo mi szkoda tego dziecka. Nigdy się nie uśmiecha, ma w sobie duży poziom stresu wewnętrznego, bardzo dobrze się uczy i często go widzę, jak coś je...W klasie na razie go nie odtrącają, bo i jego otyłość nie jest ogromna. Ale co będzie kiedyś? Przerwy spędza samotnie, jest poważny jak na swój wiek, nie wygłupia się, jak inni chłopcy w jego wieku i jest smutny...Czemu nie ma w nim radości żadnej? Przecież jeszcze tak bardzo od normy wyglądu nie odbiega...


Czy bycie otyłym dzieckiem wywrze taki ogromny wpływ na jego psychikę jak na mnie? Co powinni robić rodzice, by go uchronić przed cierpieniem? A jeśli on też jest ciągle głodny, jak ja kiedyś? Wtedy oczywiście sobie nie zdawałam z tego sprawy, bo byłam TYLKO GRUBYM dzieckiem. Czy takie szkody w psychice wyrządza nam odtrącenie przez rówieśników w dzieciństwie? Ja tego doznałam w pełni tego słowa znaczeniu. Zawsze gorsza, zawsze gruba, jakbym imienia nie miała... Ale tak było łatwiej tym wszystkim moim "oprawcom".


piątek, 6 stycznia 2012

Gok Wan - byłem gruby

Stylista i mistrz samoakceptacji, uwielbiany przez Polki prowadzący program "Jak dobrze wyglądać nago". Patrząc na Gok Wana trudno uwierzyć, że jako 20-latek ważył 130 kg! W swoim niezwykłym, autobiograficznym programie opowiada o walce z nadwagą. Stara się również wyjaśnić powody olbrzymiej otyłości wśród współczesnych nastolatków.


Gok otwarcie przyznaje, że długo zmagał się z uzależnieniem od jedzenia, otyłością i depresją. Chociaż odniósł sukces w walce z chorobą i własnym ciałem, przyznaje, że jedzenie na zawsze pozostanie jego obsesją. Podczas osobistej podróży, Gok wraca do Leicester. Odwiedza swoją szkołę i opowiada o domu rodzinnym. Przyznaje, że brak akceptacji własnego ciała odcisnął piętno na całym jego dorosłym życiu.






 Oglądałam dzisiaj ten program po raz nie wiem który - znowu padło w nim zdanie - Ludzie wybaczą, że pijesz, palisz, bijesz żonę, ale nie, że jesteś gruby - zgadzam się z nim w stu procentach. Gok opowiedział o chwili, gdy wszedł do jakiegoś pomieszczenia - już po schudnięciu - i nikt nawet na niego nie popatrzył - i jakie cudowne to było uczucie - niestety nierozumiane przez chudych. Powiedział też, że zawsze w środku pozostanie gruby - jak ja. Wiele razy pisałam na blogu, że nie mogę się rozpoznać w wystawach, gdy się widzę. I pewnie tak już zawsze zostanie...