Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 30 grudnia 2012

pospotkaniowe przemyślenia

Dzisiaj będzie niefilozoficznie i niejedzeniowo - waga sobie jak zwykle cudownie stoi, chyba dlatego, że "mój" bat na siebie ciągle w użyciu, czyli waga co rano...Ale w święta to i tak bardzo dobrze.

Trochę przez ten okres wolnego czasu poodświeżałam znajomości. Na przykład z moją byłą uczennicą, studentką psychologii, o której już kiedyś pisałam. Ponieważ sama się bardzo nią interesuję, będę kontynuować tę znajomość bez względu na różnicę wieku. Tym razem A. poopowiadała mi o testach z czytania plam i ich interpretacji - to się jakoś profesjonalnie nazywa, ale jak zwykle nie pamiętam. Miała takie zadanie świąteczne, by ten test przeprowadzić na uczniu gimnazjum - zrobiła to na bracie koleżanki, którego kiedyś uczyłam-trochę go scharakteryzowałam i A. powiedziała, że podobnie z testów wyszło - w końcu trochę na tej ludzkiej psychice się znam i 15 lat pracuję z dziećmi (ludźmi) i masę książek przeczytałam. Teraz czytam "Mowę ciała" amerykańskich autorów i już wiem, dlaczego zawsze siedzę noga na nodze i ze skrzyżowanymi rękami - postaram się to zmienić. A. poopowiadała też trochę o swoich kolegach i koleżankach (A. jest teraz na IV roku) - każdy miał lub ma jakieś problemy domowe - A. nie ma matki, ktoś inny jest uważany za rodzinnego nieudacznika, kogoś innego ojciec pije i bije, ktoś inny ma matkę walczącą całe życie z depresją - czy wybrali taki kierunek, by najpierw ratować siebie, a potem innych? Straszne...

Dzisiaj spotkałam się też z moją koleżanką K. - tą, która schudła 40 kg. Jej marzeniem jest schudnąć kolejne 10 kg, ma plan. Co nas łączy? - ogromna samotność. Ona jest dużo młodsza, ale doświadczyła w swoim życiu tyle samo cierpienia, pogardy, odrzucenia, upodlenia co ja przez bycie grubą. Plus "nienormalna" matka, która potrafi ją zwyzywać od k..., rodzice wiecznie się kłócący, brat alkoholik, drugi zaczyna brać narkotyki, trzeci nieszczęśliwie żonaty z kobietą poniżej jego inteligencji, ale też ojciec, który zawsze trzyma jej stronę i jest dla niej naprawdę dobry. Z zewnątrz - szanowana rodzina, lokalni biznesmeni z dużymi pieniędzmi.
I jeszcze jedna wizyta świąteczna i super wiadomość od koleżanki, która na wakacjach wychodzi za mąż i dużo opowieści o planowaniu wesela, ślubie, narzeczonym - ateiście, płaczem nad losem brata, który jest super chłopakiem po trzydziestce, ale samotnym jak ona kiedyś...

Jutro Sylwester - ten rok przyniesie na pewno masę nowych rzeczy i jeszcze więcej przeżyć...A rano zamierzam upiec placka, który nazywa się "Ciasto architekta" i zrobić sałatkę z makaronu - samo życie...

poniedziałek, 24 grudnia 2012

"Ja, grubas"

Już po Wigilii, pysznych pierogach u ciotki, drożdżowym makowcu zrobionym specjalnie dla mnie przez Nią, cudownym półrocznym Filipem mojej kuzynki i życzeniach mojego taty "Żebyś w końcu miała męża"...

W sobotę kupiłam "Gazetę Wyborczą" z "Wysokimi Obcasami" w niej i dwa artykuły, które zwróciły moją uwagę - pierwszy Hanny Samson "Przeciw tolerancji" - o traktowaniu grubych oraz drugi o Stanisławie Celińskiej, która całe życie walczy z nałogami, w tym teraz z jedzeniem.
Najpierw o tym "Przeciw toleracji" - pozwolę zacytować autorkę - Grubi nie dość, "że muszą się codziennie mierzyć ze swoją nieprzystawalnością do wszechobecnych standardów, to jeszcze w każdej chwili mogą spotkać się ze społeczną dezaprobatą dla tego, jak wyglądają i kim są. Bo kim są? Grubasami. To często wystarcza nam, szczupłym, do opisu człowieka. Obleśny grubas - to opis nieco dokładniejszy. Hipopotam, tłuścioch, pasztet - może to brzmi nieco obraźliwie, ale przecież WOBEC GRUBYCH na taki tekst można sobie pozwolić.(...)Jesteśmy lepsi, bo jesteśmy szczupli, a wy jesteście gorsi i nie będziemy udawać, że jest inaczej. Grubasy o tym wiedzą. Znają swoje miejsce, nie próbują zaprzeczać, że są grubasami". Tyle z artykułu. Ja czuję to samo - ludzie szczupli uzurpują sobie prawo do bycia lepszym, ja sama po schudnięciu nabrałam o wiele większej pewności siebie. Dawno temu, gdy robiłam studia podyplomowe, były tam zajęcia z prezentacji publicznych - każdy miał wyjść na środek i przeczytać fragment prozy, a zawodowy aktor oceniał ten występ przez pryzmat nawiązywania kontaktu z publicznością. Mi powiedział - taka duża kobieta, a tak bardzo chciałaby zniknąć...I taka była prawda - "smalec" miał schować całą mnie, nie robił tego, a działał wręcz przeciwnie - jeszcze bardziej mnie uwydatniał...

Drugi felieton - dość długi, ale dobrze napisany - jest wywiadem ze Stanisławą Celińską, która za motto podaje "Ludzie już się przywyczaili do grubej, starej Stachy, to trzeba im zrobić psikusa!". Postanowiła się ona teraz odchudzać, mówi o swoim problemie z jedzeniem, o zajadaniu emocji, kłopotów i problemów. Wiecie, ile mi zeszło dojście do takich wniosków? Dlaczego to robiłam?
W zeszłym tygodniu rozmawiałam na ten temat z moją "mądrą" koleżanką - i jak zdarta płyta powtórzyłam, że 30 lat żarłam, ale nie wiedziałam dlaczego i chyba odkrycie powodów spowodowało taką rewolucję w moim życiu...
Wszystkim uzależnionym życzę siły w zmaganiu się z nałogiem na co dzień i Wesołych Świąt! - po nich już nigdy nic nie będzie tak samo...

piątek, 21 grudnia 2012

powigiljne refleksje

Chociaż prawdziwa Wigilia dopiero w poniedziałek, dzisiaj juz wzięłam udział w pierwszej - ze swoją klasą. I mam w związku z tym bardzo mieszane uczucia - teoretycznie było fajnie, podzieliliśmy się opłatkiem, zjedliśmy rybę, pierogi, pyszne ciasta, pośpiewaliśmy kolędy. Jest też pewne "ale" - zastanawiam się, czy gdybym pierwsza nie podeszła, ktoś podzieliłby się ze mną opłatkiem? Potem kilka osób podeszło samych, ale ja zaczęłam...Pewien chłopak nawet nie spoglądał w moją stronę, ja zaraz wyczułam, że nie chce się dzielić, chociaż wydaje się, że się lubimy - pewnie się tylko wydaje...

Potem klasa poszła sobie robić zdjęcia na salę gimnastyczną - niestety nikt mnie nie poprosił, bym im towarzyszyła. Poczułam się z tym bardzo niemiło. Skłania to też do refleksji po prawie 15 latach bycia nauczycielką - gdy przyszłam do pracy, kilka lat zaledwie starsza od coniektórych uczniów, nie wiedziałam nic - jak uczyć, jakie relacje budować z klasą, jak utrzymać dyscyplinę, jak wymagać, a teraz? Czas i życie wszystko zweryfikowały - ja nauczyłam się uczyć, wyrobiłam sobie "jakąś tam" renomę (lub tylko mi się tak wydaje), nie mam raczej problemów z dyscypliną - bo niestety część uczniów się mnie boi, zmuszam do uczenia się - no ale...Stałam się taka, jaka nigdy nie chciałam być - gdy zaczynałam pracę w tym zawodzie, nie chciałam być nauczycielką, której uczniowie się boją, bo gdy sama byłam uczennicą, nie lubiłam tych, których się bałam. I stało się - taka teraz jestem...Dobrze czy nie? Nie wiem - i tak, i nie - za dużo odpowiedzialności, by sobie pozwolić na inny wybór - ciągłe rozliczanie z wyników egzaminów zewnętrznych zrobiło swoje...Szczęśliwy ten, kto nie ma takiego "bata" nad sobą...

Na potwierdzenie moich dzisiejszych przemyśleń, jeszcze jeden fakt - wczoraj moja była uczennica rozmawiała  na mój temat z chłopakiem, którego ja nie uczyłam. Otóż powiedział on jej, że specjalnie napisał test "na wejście" gorzej, bo się bał, że będę go uczyć, a on wolał spokojnie przebrnąć przez szkołę. I że jestem za ostra i potrafię krzyczeć. Oto czego się doczekałam...
Jaka powinnam być? Nie wiem - każdy kij ma dwa końce...

niedziela, 16 grudnia 2012

gruby dom

Dzisiejszy dzien spędziłam najpierw na izbie przyjęć w szpitalu, potem na pogotowiu. Mojej mamie usztywniło kolano, próbowałyśmy znaleźć jakąś pomoc, na pogotowiu ordynarny lekarz przynajmniej zrobił prześwietlenie, w szpitalu na ostrym dyżurze jeszcze pielegniarka zebrała burę za chęć pomocy. Wyszło zwyrodnienie stawów kolanowych, mama nie może zgiąć wogóle kolana - to problem przyziemny, jutro ma zamówioną wizytę prywatnie u ortopedy, bo na fundusz by z pięć razy "umarła"...

Ale nie o tym chciałam - gdzie grubi ludzie, tam zaburzenie relacji rodzinnych w jakimś stopniu, tak uważam. Mama dobrze sobie zdaje sprawę, że na nic operacje i zabiegi, jeśli nie schudnie. Trochę popłakała, że ona by chciała, ale ja nie sądzę, by było to możliwe - bo zarówno ona jak i ja mamy to samo - jedzenie to nałóg, sposób rozładowania emocji, poprawienia sobie humoru, przetrwania dnia itd. Ja mam za sobą długą drogę, ciągle muszę się kontrolować i pilnować, stąd pewnie obsesja ważenia się codziennie. Ona mi dzisiaj powiedziała, że przecież mi się jakoś udaje, czyli można...
Mi się udaje, ale mój mózg jest ciągle głodny, to znaczy prawie zawsze. Ale go zatykam "atrapami" - jabłkami, pomarańczami, piciem. Wiadomo, mam wpadki, ale teraz one psychicznie wywołują wręcz odwrotny efekt niż kiedyś, więc może i one kiedyś znikną - ale tego nie wiem. Na przykład wczoraj upiekłam szarlotkę, zjadłam jeden kawałek wczoraj, ale dzisiaj już nawet mi to do głowy nie przyszło. Tak to ze mną jest - lata praktyki - wiem, jakie by były konsekwencje tego - 5 minut przyjemności, kilka godzin wyrzutów sumienia.

Ale wracając do mamy - bardzo mi jej szkoda, ten dzisiejszy dzień bardzo mi  uświadomił, że robi się coraz starsza i że teraz role odwracają się - to ona potrzebuje mojej pomocy, moich załatwień - zresztą po to są dzieci. Doskonale zdaje sobie sprawę, że gdyby była z 20 kg lżejsza, byłoby jej łatwiej chodzić i może stawy kolanowe nie byłyby tak zniszczone. Mama ma inny typ otyłości niż ja, ona przytyła bardzo dużo po moim urodzeniu i tak jej zostało na całe życie, ma duży brzuch, ale szczupłe nogi bez jednego żylaka i szczupłe ręcę, ale swoje waży. Dla mnie ona nie tyła w ciągu życia jak ja, raczej to były kilkukilogramowe wahania. Jak ona musi lub musiała się czuć, bo widziałam jej zdjęcia sprzed ślubu i ślubne - wysoka, dlugie włosy, szczupła, ważyła góra 60 kg, a może i mniej. Ja mam do niej swoje "żale", ale ona nigdy przenigdy nie powiedziała mi, że to moje narodziny są powodem takiego jej wyglądu - miłość matki do córki?
Zrobię, co w mojej mocy, by jej pomóc...

sobota, 8 grudnia 2012

nastrój a jedzenie

Czy jest związek między nastrojem a jedzeniem? Zawsze mi się wydawało, że tak, ale ostatnio sama już nie wiem...Mam gorsze i lepsze dni, dawno, dawno temu jedzenie było super pocieszaczem, ale od kilku lat niestety (lub w końcu "stety") nie spełnia już takiej roli - kiedyś wystarczyła czekolada i już nastrój szedł w górę, teraz powoduje poprawę na chwilę, a wyrzuty sumienia nie do opowiedzenia...więc nie warto już jej jeść. Moja mądra koleżanka mówi, że to wychodzenie z nałogu, ale czy ja kiedyś z niego na prawdę wyjdę? Nikt tego nie wie, nawet ja...

Każdy ma swój sposób na poprawę nastroju- jedni lubią zakupy (ja lubię - czego efektem dzisiaj są dwie pary spodni i kozaki), inni - alkohol, jeszcze inni - seks, i pewnie większość dobre jedzenie...Wszystkie te rzeczy powodują wydzielanie oksytocyny (o ile dobrze pamiętam), a mój mózg chyba w szczególności jej potrzebuje jako mózg osoby uzależnionej...Szczególnie w tym tygodniu, gdzie przeżyłam trochę kłopotów z urzednikami w zwiazku z samochodem, dwie hospitacje i jedno spotkanie po latach...Teraz wszystko wróciło do normalności i się uspokoiło, więc...Jeszcze w nadchodzącym tygodniu jedna bardzo stresująca rzecz i zobaczymy, co się będzie działo...
Wracając do tematu - mój uzależniony mózg ciągle chce czuć się na "haju", po tylu latach ja już to doskonale wiem, ale jedzenie już tego haju nie daje. Co daje? Sama nie wiem - wiem, że tego na pewno nie odkryłam, oczywiście podświadomie doskonale sobie zdaję sprawę, ale czy TO pozbawiłoby mnie chęci na słodycze? Bo uważam, że to one, nie jedzenie samo w sobie są moim problemem...

Dużo dzisiaj tych "nie wiem" - bo dzisiejszy dzień w końcu mogę zaliczyć do udanych nie tylko ze względu na zakupy, chociaż też ktoś uswiadomił mi coś przykrego dzisiaj, ale w końcu to ja podjęłam taką, a nie inną decyzję kiedyś i teraz znowu jestem w rozterce...Takie terapeutyczne lanie wody...

niedziela, 2 grudnia 2012

porażka u blogowych znajomych

Czytam moje wszystkie "lewostronne" zaprzyjaźnione blogowiczki i co widzę? Wszędzie dzieje się źle, bo albo zastoje wagowe, albo tycie. U mnie to drugie niestety. I nie wiem, na co mi to gorzej działa - na wygląd (bo widać) i zaraz znowu będą wszyscy gadać wprost lub za plecami, czy na psychikę - oj, jak ja się wtedy nienawidzę....Co oczywiście powoduje błędne koło - agresja wobec siebie powoduje wzrost "zapotrzebowania" mózgu na słodycze, które w moim przypadku działają kojąco i łagodząco, ale po sekundzie pocieszenia się - powodują znowu powrót rozsądku i stukanie się w głowę i tak na okrągło...Myślę, że macie tak samo, bo Was czytam i też o tym piszecie....
Muszę coś z tym zrobić, a będzie bardzo trudno, bo idą święta i to, co uwielbiam najbardziej - pieczenie i wymyślanie ciast, niekoniecznie ich jedzenie - wystarczy, że popróbuję składników czy też mas...

I w moim przypadku to całe tycie to nie przez jedzenie, ale przez slodkie rzeczy. Nie jem chleba, ziemniaków, zup, niczego tłustego, ale nie odmówię lodom czy jakiemuś batonikowi - typowy nałóg...Zamiast w szkole kanapkę, sucharki i serek - bo słodki...Żałosne to, ale jakże prawdziwe...
Sprawy żołądkowe właściwie bardzo się uspokoiły, tabletki ciągle biorę, nie wiem jeszcze, jak długo, czasami zdaża mi się zapomnieć - wtedy jeszcze mnie mdli, ale brzuch nie boli.

To już ponad 6 lat walczenia z nałogiem, na razie przegrywam, ale czy tak ma wyglądać reszta mojego życia? Przerażające... Czemu nie mogę być jak alkoholik, który rzuci nałóg raz a dobrze i nie musi codziennie wypić kieliszka wódki, by przeżyć? I zaraz do głowy przychodzi mi moja kuzynka, która je po dwa obiady, drożdżówki, kanapki, ciasta i waży z 45 kg? I wiem, że tak jest, bo jej mama to potwierdza...Ale ona ma taką przemianę materii, że hej... - do ubikacji kilka razy dziennie, ja - raz na kilka dni, i to po ziołach lub tabletkach...
A przecież nie mogę tyć - grube życie to nie jest życie - wiem, o czym mówię...Nie wiem, czyja pogarda byłaby większa - samej do siebie czy ludzi do mnie? Gdybym miała inny nałóg, nie byłoby go widać na codzień. Zawsze się chciałam nauczyć palić, nigdy mi się to nie udało - bo zaraz się dusiłam...

Koniec użalania się...ulżyło...

czwartek, 22 listopada 2012

"Bez tajemnic"

Telewizja HBO rozpoczęła emisję drugiej serii mojego ulubionego serialu "Bez tajemnic". Ogladam go, ponieważ przez rozmowy prowadzone w gabinecie Andrzeja czuję, jakbym sama uczestniczyła w terapii - w każdym z pacjentów odszukuję część moich problemów - pewnie inni ludzie też je mają.

W poniedziałek poznajemy samotną, przebojową Natalię, około 40-sto letnią, która kiedyś usunęła ciążę i obwinia za to swojego psychoterapeutę. Na zewnątrz jest pogodna, pewna siebie, ambitna - w środku bardzo cierpi, potrzebuje kogos, kto by ją pokochał i ciągle rozpamiętuje przeszłość. Ta postać jest mi szczególnie bliska, jej przeżycia, doświadczenia, wewnętrzny świat. We wtorek widzimy chłopczyka, który przyjmuje odpowiedzialność za życie rodziców i zaczyna wpadać w nałóg jedzenia - chce być zawsze perfekcyjny, żeby tylko rodzice się nie rozwiedli - jest gotowy dla nich zrobic wszystko. W środę do Andrzeja przychodzi zamożny biznesmen, doświadczajacy napadów lękowych - nie chce brać udziału w terapii, dostaje numer do psychiatry, który przepisze mu tabletki łagodzące objawy - wydaje mu się, że tak bedzie prościej. Ma też poważne obawy o córkę, czuje się przez nią opuszczony i nie chce dać jej odejść do swojego życia. W czwartek pacjentką jest poważnie chora studentka sztuki, która nie chce walczyć o zdrowie, bo nie chce żyć. W piątek Andrzej sam idzie na terapię i rozmawia o swoich kłopotach rodzinnych - czasem zastanawiam się, kto jest w większych tarapatach - On czy jego pacjenci?

Obejrzałam całą pierwszą serię, druga jest już według mnie lepsza, może ze względu na poruszane w niej problemy? W pewnych zachowaniach pacjentów dostrzegam swoje - jak w lustrze...
Wczoraj odwiedził mnie ktoś dla mnie bardzo ważny - rozmowa z nim bardzo poprawiła mi humor. Opowiedział mi o swoim życiu - teoretycznie wszystko jest dobrze, ale ja - znając Go ponad 15 lat wiem, że tak nie jest...A że go zawsze lubiłam i ceniłam, życzę mu jak najlepiej. Rozmowa z nim uświadomiła mi też, że pewne problemy nigdy nie miną, chociaż robi wszystko, by poprawić jakość swojego życia - na zewnątrz mu się to udaje, ale w rzeczywistości jest ciągle tak samo źle. Mamy ten sam problem i dlatego rozumiem Go doskonale...

moje "życiowe" lustrzane odbicie...
W niedzielę odnowiłam też znajomość z moim kiedyś przyjacielem, może teraz też nim jest? Zawsze nam się dobrze rozmawiało, był szczery i mnie słucha, co jest rzadką umiejętnością w dzisiejszych czasach...Ma zdrowe podejście do życia, nie ulega emocjom tak bardzo jak ja, a jednak mimo wszystko potrafi sprawić, że czuję się dla niego ważna.
Z moim brzuchem raz lepiej, raz gorzej - wszystko zależy od tego, co zjem...ciągle tabletki, ciągle siemię lniane, zrobiłam też kolejne badania i nie wyszły najlepiej...Jak się sypie, to wszystko....Co będzie?
Na razie jest wewnętrznie źle, zewnętrznie też, bo przytyłam, co tylko powoduje wiadomo co, ale dzieje się tak dlatego, że mi nie zależy...Za dużo się ostatnio "zwaliło" na mnie niefajnych rzeczy, a jak jedzenioholiczki reagują na ogromną dawkę stresu? Każdy wie...

sobota, 3 listopada 2012

ciało się zmienia, ale charakter nie...

Korzystając z wolnego dnia, wybrałam się dzisiaj na zakupy - udały się bardzo, i ponieważ dawno nic fajnego nie przeczytałam, wdepnęłam też do empiku. Gdybym mogła, kupiłabym tam z połowę książek, ale kupiłam tylko dwie - "Irenę" Małgorzaty Kalicińskiej oraz "Koniec wiosny w Lanckoronie" Agnieszki Błotnickiej. Tą drugą zapisałam już sobie kiedyś jako 'must-have' po przeczytaniu recenzji u kogoś na blogu. Dlaczego? Bo miała być o kobiecie zmagającej się z nadmiarem kilogramów...

Książkę pochłonełam dzisiejszego popołudnia. Opowiada historię Moniki, która zawsze miała nadwagę, ale też nie narzekała na brak powodzenia u płci przeciwnej...Wchodziła w związki, które jednak wcześniej czy później się kończyły, bo ona zawsze była z siebie niezadowolona - przede wszystkim ze swojego wygladu, czuła się gorsza, zawsze zagrożona zdradą, więc gdy już mężczyzna zaczynał się angażować na poważnie, ona uciekała, bo czuła, że wcześniej czy później i tak zostanie zostawiona - w końcu kto lubi pokazywać się z grubą kobietą? Lub była zostawiana. W końcu jej przyjaciółka powiedziała - "Mówię tak, żebyś się ogarnęła!Kiedy odszedł, stwierdziłaś - to dlatego, że nie jestem laską. Może to prawda, może nieprawda, ale założę się, że robiłaś wszystko, by móc to w końcu powiedzieć. Nie chciałabyś przekonać się, jak jest naprawdę? Przejdź na dietę". Zeszczuplejesz i wtedy nie będziesz już mieć żadnego alibi!"
 Agnieszka Błotnicka - autorka
Od Moniki odchodzi jej ukochany Filip - myśli, że powodem jest jego super szczupła i atrakcyjna koleżanka...Aby się nie rozsypać, ucieka do pensjonatu "Lanckorona", aby schudnąć i by po raz kolejny przemyśleć powód odrzucenia...Tam poznaje pewnego ciepłego, starszego pana, który wręcz zabrania jej chudnąć, bo straci radość życia i wesołe oczy. Ona jednak z pomocą przyjaznej gospodyni przechodzi na dietę Dukana i chudnie - nie wiadomo ile, ale po jedzeniu kurczaka i odtłuszczonych serków chudnie na tyle, by wejść w filetowy kostium, który "rozszedł" się na niej w sklepie i niestety musiała go kupić. Po powrocie z gór, gdy już przebolała swoją miłość i pogodziła się z faktem, że nigy nie będzie super laską, idzie do księgarni Filipa, aby z nim porozmawiać i dowiedzieć się, dlaczego ją zostawił. I co się okazuje?

Powodem nie była ani nadwaga - Filip nie lubi "wieszaków", ani jego rzekomy romans - a to, że wpadła ona w oko koledze Filipa i on, widząc jej niepewność w odtrącaniu jego zalotów stwierdził, że nie chce być z kobietą, która nie do końca wie, kogo chce...Książka kończy się spotkaniem Moniki i Filipa, wyjaśnieniem watpliwości i...pocaunkiem. Co dalej? Moje łzy jak przystało na dobrze napisane romansidło...
Książka niewiele wspólnego ma z odchudzaniem, ale czyta się szybko, wciąga retrospekcjami i jest dobrym zajęciem na sobotnie, jesienne popołudnie...Czy na pewno?
PS. Dawno temu myślałam, że jak zgubię "smalec", zmienię swoje życie - smalec stopniał, a życie zostało - jak w tytule posta...

czwartek, 1 listopada 2012

grubych nie tolerujemy

Ostatnio moja koleżanka przeprowadzała lekcję na temat tolerancji. Przeprowadziła ankietę, w której zapytała, kogo nie tolerujemy. I jaka była najpopularniejsza odpowiedź? Grubych!

Ja już nie raz pisałam o tym, że ludzie już tak mają, że wybaczą alkoholizm, bicie żony, narkotyki, hazard, zdradę, ale nie wybaczą bycia grubym. Dlaczego? Pewnie jednym z powodów jest to, że muszą na tych grubych patrzeć na codzień, a tych z innymi nałogami - zwykle udają, że nie wiedzą i dlatego nic nie mówią. A czy jest jakaż różnica między objadaniem się a piciem czy braniem narkotyków czy paleniem? Wg mnie tylko taka, że gdy "żresz", cierpisz przede wszystkim Ty sam, gdy pijesz - jeszcze Twoja rodzina, gdy palisz - całe otoczenia, gdy bierzesz narkotyki - też rodzina, gdy zdradzasz - również rodzina...I co się okazuje? że jedzenioholicy krzywdzą przede wszystkim siebie, a i tak są uważani za tych "najgorszych"...Zawsze tak było, jest i będzie...

Tolerancja grubych dzieci? Chyba jeszcze gorsza jak dorosłych. Odtrącenie na każdym kroku przez rówieśników, pomijanie w zapraszaniu na imprezy, śmianie się, wyszydzanie - wszystkiego doświadczyłam na własnej skórze i nie życzę najgorszemu wrogowi, bo zmiany w psychice pozostają na całe życie. Ostatnio na mojej lekcji usłyszałam, jak jeden z chłopców powiedział do ważącej ok. 80 kg 15 - latki, że nie będzie obok niej siedział, bo śmierdzi...A ja kazałam mu się się przesiąść na sprawdzianie i pewnie wskazałam miejsce obok niej, bo było wolne...Powiedział to niby cicho, ale ja to jakoś usłyszałam...Nota bene, dziewczyna ma ładną buzię, jakkolwiek inteligencja ponieżej przeciętnej, ale duża nadwaga i fatalny styl ubierania - dobry dla szczupłych nastolatek, ale nie dla niej...Poza tym ona ciągle coś je - chipsy, wafelki, kanapki, gazowane napoje...Szkoda mi jej bardzo - bo teraz jest w takim wieku, że mogłaby jeszcze szybko zeszczupleć i wszystko przed nią - żeby się tylko nie ocknęła tak późno jak ja, bo pewnych rzeczy nie da się nadrobić...

U mnie zdrowie pomału wychodzi na prostą - przez ostatni tydzień piję mielone siemię lniane i jeszcze jakiś jeden specyfik o podobnym składzie plus tabletki i widzę zdecydowaną poprawę - nawet zjadłam wczoraj pierwsze od dwóch miesięcy jabłko i pomalutku przemycam ukochane korniszony, jeszcze ze strachem przed konsekwencjami, ale nie robi się słabo i brzuch nie boli, więc może będzie coraz lepiej..Przeczytałam też książkę Józefa Słoneckiego "Zdrowie na własne życzenie" i myślę poważnie o piciu proponowanej przez niego mikstury z oleju, soku z aloesa oraz soku z cytryny, bo zawsze wierzyłam w medycynę niekonwencjonalną, tym bardziej że w swoim życiu przeszłam już 3-miesięczną dietę oczyszczającą i pamiętam o tym, jak się wtedy czułam i jakie korzyści mi przyniosła. Muszę ją jeszcze przeczytać ze dwa razy - może  wtedy mój mózg się znowu trochę przestawi...

środa, 17 października 2012

węgierskie obżarstwo

Ostatni weekend spędziłam na Węgrzech. Było dużo śmiechu, żartów, dowcipów i jeszcze więcej...pysznego jedzenia. A że jest to blog jedzeniowy, więc ten wpis będzie mu poświęcony:)
ale tłusta....
W pierwszy dzień na obiad zaserwowano nam pyszną golonkę z frytkami, którą jadłam pierwszy raz w życiu! gdzie ja się uchowałam? Podziubałam pysznego mięska - po oddzieleniu tłustej skóry dotarłam do czegoś, co mi bardzo smakowało...
Na kolację poszliśmy do w miarę eleganckiej restauracji, gdzie zaserwowano nam zupę gulaszową oraz makaron z mięsem - coś na kształt gulaszu. Na deser był biszkopt, bardzo wyrośnięty i chociaż szukałam w nim posmaku proszku do pieczenia, nie znalazłam go:) Biszkopt polany był sosem budyniowym - ciekawe połączenie.


W drugi dzień skosztowałam pysznych, słodziutkich winogron, wypiłam kawkę w przyjaźnie nastawionej dla Polaków kafejce. Po południu obiadokolacja w restauracji - i znowu gulasz i makaron z mięsem, tłustym tym razem niestety...

W drodze powrotnej do domu zatrzymaliśmy się w jednej z przydrożnych restauracji i chyba dlatego, że ja w pewnej mierze zadecydowałam o wyborze menu, najbardziej mi smakowało...Zupa średnia, ale indyk faszerowany serem i szynką trafił w mój gust. Nie wspomnę już o pysznym deserze w postaci czegoś na kształt biszkopta z kremem, uformowanym w kulki - podobno to typowy węgierski deser. Moi współwycieczkowicze zamówili kasztanowy mus - nigdy nie jadłam kasztanów, ale "dziubnęłam" trochę tego deseru i był równie dobry jak moje biszkopciki...
puree z kasztanów

Efekt - 2 kg więcej. Dlaczego? Bo nigdy tyle nie jem, nigdy nie jem po 19, ale uważam, że w takich sytuacjach można sobie odpuścić. Oraz dwa dni bólu brzucha. Ale już wróciłam do "swojego" jedzenia i dzisiaj wszystko w miarę wróciło do normy...oprócz wagi...i takie to moje życie - jak się pilnuję, waga stoi, jak popuszczę, waga w zawrotnym tempie w górę...a gdybym tak sobie jeden tydzień popusciła? to pewnie z 5 kg minimum więcej...ech, to moje życie...

poniedziałek, 8 października 2012

chamski gruby - dwa wykluczające się słowa...

Dzisiaj coś się wydarzyło w mojej "ukochanej" instytucji, w której pracuję - moja koleżanka dopiekła mojej innej koleżance, ale dopiekła jakby i mnie...

Koleżanka A - jak ja - jest sama (przynajmniej w teorii...), koleżanka B ma męża i dorosłe dzieci. Poprosiłam koleżankę B, by podjechała coś nam wszystkim pracownikom załatwić - ma na to czas i bardzo dobrze porusza się po mieście w swoim mega drogim, luksusowym samochodzie. Ona może i by się zgodziła, bo raczej jest miła dla mnie, ale nadeszła koleżanka A i włączyła się do rozmowy, na co B odparowała - idź Ty, nie masz męża, dzieci, tyle masz do roboty...

I teraz moje rozważania - ja nigdy bym nikomu tak nie powiedziała - przecież każdy sobie doskonale zdaje sprawę z problemów innych, wszyscy wiedzą, że B jest marną wykonawczynią swojego zawodu, jakkolwiek nikt dobrze wychowany jej tego w twarz nie powie...dlaczego ona tak powiedziała? Bo jest, była i będzie pewna siebie! Ale czy to daje jej prawo, by ranić? dodam, że obie panie nie za bardzo się lubią, ale według mnie nic takiego zachowania nie usprawiedliwia...
Wracając do mnie - czasami sama nie wiem, jak mam siebie traktować - jako grubą czy chudą? Bo niby gruba już nie jestem, chuda na pewno też nie, ale sposób myślenia w co niektórych kwestiach ciągle pozostał bez zmian, drobne zmiany na pewno nastąpiły, ale nie takie na sto procent...Zresztą uważam, że ludzie doskonale wiedzą, co jest nie tak z ich życiem czy zachowaniem, czemu jeszcze bardziej ich ranić i im to uświadamiać? Ja nie potrafię i mam nadzieję, że nigdy się taka nie stanę...Zresztą - jak w tytule posta - chamski gruby - dwa wykluczające się słowa...A może nie mam racji?

ps. U mnie lekka poprawa - lekarstwa działają, ale pilnować się trzeba ciągle...jedna zła decyzja i dzień okropnie bolesny...
ps. a sprawę załatwił kolega, na którego zawsze mogę liczyć - i on na mnie też:)

poniedziałek, 1 października 2012

jesiennie...

Tak długo nie pisałam, ale do tego też trzeba mieć nastrój...A że u mnie ostatnio z nim nie najlepiej, to wyszło jak wyszło - niemniej jednak poczułam się dzisiaj w obowiązku to zrobić, ponieważ pomimo tego, że nic nie piszę, licznik odwiedzin i tak rośnie...


Od miesiąca mniej więcej źle się czuję, jest coraz lepiej, ale na początku ledwo żyłam...Przeszłam jedno bardzo nieprzyjemne badanie i wszystko się wyjaśniło - teraz biorę lekarstwa, uszkodzony organ pomału wraca do w miarę normalnego funkcjonowania, ale zły stan zdrowia odbił się bardzo na nastroju.

Waga sobie stoi i na razie niech tak będzie, na siłownię chodzę bardzo rzadko i niedługo całkiem z niej zrezygnuję - wróciłam do swojego "szkolnego" życia i dopadł mnie kompletny brak czasu, a nie przeczę - zmęczenie po całym dniu też odgrywa swoją rolę plus objawy chorobowe.  Trochę sobie chyba za dużo pozwalam z jedzeniem, powinnam wrócić na swoje utarte tory, ale zawsze jest jakieś ale...

Jedyne, o czym marzę najbardziej to spać...
Mam nadzieję, że zła passa wkrótce minie i moje zdrowie pozwoli mi normalnie funkcjonować...

piątek, 14 września 2012

kto ma gorzej?

Dzisiaj, po prawie 3,5 miesiąca moich usilnych starań i działań w końcu udało się doprowadzić pewną sprawę do końca. Poczułam trochę ulgę, trochę rozczarowanie, bo po raz kolejny w moim życiu okazało się, że wypełnienie kolejnego zadania w życiu nie daje takiej radości, jaką miało przynieść...

Przy okazji tej sprawy, poznałam pewną kobietę. Ma 34 lata, młodą figurę, ale styraną przez życie twarz - gdy ją zobaczyłam, myślałam, że ma ponad 40 - ale zaraz okaże się, dlaczego... Gdy miała 17 lat, "wpadła", będąc w ciąży - wyszła za mąż za ojca swojego dziecka - co - jak teraz mówi - było największym błędem jej życia - błędem, z którego ma dwójkę dzieci - 17-sto letniego syna i 12 - letnią córkę. Swe młodzieńcze lata spędziła w pieluchach, gdy koleżanki dopiero wchodziły w dorosłe życie, ona już miała je na codzień. Nie skończyła technikum, siedziała w domu i była typową mamą...A mąż? A mąż sobie hulał - szukał przygód na prawo i lewo, nie przepuścił żadnej ładnej kobiecie, flirtował na prawo i lewo...5 lat temu się rozwiodła - dlaczego? Ponieważ pił i bił...Przez okres dwóch lat policja gościła w jej domu 26 razy! W końcu policja (?) założyła mu sprawę o znęcanie się nad rodziną...2 lata przed rozwodem zaczął ją na poważnie zdradzać z 22-dwu latką, której kupił samochód i ją utrzymywał...Ona dowiedziała się o niej od niego, bo...będąc pijanym zadzwonił po nią, bo jego samochód się popsuł i nie miał jak od niej wrócić do domu i gdy po niego pojechała, nie bardzo kontaktując a jednak chcąc jej dopiec, powiedział, kim jest ta gówniara...
W międzyczasie postawili dom, który był zapisany tylko na niego, bo ona przecież nie pracowała (przynajmniej na poczatku), więc teoretycznie nic się nie dokładała...Ale pani, poniżana i wielokrotnie bita (po trzeźwemu też), w wieku 26 lat się "ocknęła" - najpierw skończyła technikum wieczorowe (dzieci pilnowała mama), potem zrobiła prawo jazdy, potem znalazła marnie płatną pracę i w końcu się uniezależniła chociaż trochę finansowo od męża. A w małżeństwie było raz lepiej, raz gorzej...Ona odchodziła od niego 2 razy, ale błagał, prosił - wybaczała...Gdy dowiedziała się o romansie, odeszła po raz trzeci, ale on już nie prosił i nie błagał - za to wprowadził do swojej rodziny młodą laskę i zaczął się z nią oficjalnie pokazywać. Gdy od niego uciekła z dwoma walizkami i dwójką dzieci, wróciła do swojego pokoju w domu rodzinnym i tam mieszkają we troje już prawie 5 lat - reszta domu rodzinnego jest zajęta przez rodziców i brata z rodziną. W międzyczasie wyjeżdżała za granicę, aby zarobić na spełnienie marzenia swojego życia - własnego lokum i właśnie w dniu dzisiejszym to jej marzenie się spełniło...

Gdy tak siedziałyśmy i rozmawiały, padło kilka ważnych zdań - "Ja mam DOPIERO 34 lata i chcę żyć własnym życiem! Mama ma tatę, brat ma żonę, a ja? Ja mam dość podejmowania wszystkich decyzji sama! Chcę dzielić z kimś codzienność! i muszę mieć gdzie!" Potem poznałam tego "kogoś" - normalny facet na pierwszy rzut oka, widać było czułość w stosunku do niej w jego oczach - i wiąże z nią swoją przyszłość i mają już tyle planów...
Po całym męczącym dniu - i by było to ukoronowaniem moich wszystkich milionów telefonów i załatwień - poszliśmy z tatą do restauracji na obiad - on stwierdził, że to pewnie pierwszy i ostatni TAKI w jego życiu...Łza się w oku zakręciła... Ja zjadłam pyszną roladkę z kurczaka ze szpinakiem i surówkami, on - pieczone ziemniaki, surówkę i dewolaję...

I tak znowu pewien etap w moim życiu się zakończył...

PS1. Samochód u mechanika, pęknięty wałek rozrządu, siłownia zawieszona, jedzenie jak zwykle i codzienność...(i kompletny brak lodów - bo jestem strasznym zmarzluchem:)

PS2. Po lekcji mój uczeń dzisiaj podszedł i patrząc tymi brązowymi, rozbrajającymi oczami powiedział - ma Pani rację, że jestem teraz fajniejszy - bo jestem już rok starszy i zmądrzałem! (i tak jest - z ciągle mi zawracającego głowę chłopczyka jest teraz normalnym, fajnym chłopakiem - a że go ciągle chwalę, to ...i jak tu nie doceniać takich momentów?)

niedziela, 9 września 2012

piosenka mojego życia

Znacie tę piosenkę? Na pewno...
To Joe Dassin śpiewa po francusku o miłości - jej tytuł to "Er si tu n'existais pas" - o ile dobrze napisałam, więc wybaczcie, jeśli źle - francuskiego nie znam...
Ta piosenka jest dla mnie bardzo ważna, bo zaśpiewał ją kiedyś pewien francuski aktor. Gdy prężnie działałam w programie Socrates Comenius i byłam tam liderką, byłam z wizytą na Łotwie - i podczas zwiedzania pięknego zamku, w którym kręcony był film o czasach wojny, Oliver zagadnął do jednego z aktorów po angielsku, ten się odezwał i okazało się, że był też Francuzem. Poszliśmy potem wszyscy na jakiegoś drinka i gdy sobie tak oni rozmawiali po francusku, w pewnym momencie Francuz - aktor zaśpiewał tę piosenkę i to głosem takim, że do tej pory pamiętam...Nie odbiegał on niczym od zamieszczonej tu przeze mnie wersji...Nie omieszkam dodać, że aktor był bardzo przystojny, chociaż nie w moim typie - ale ja miałam zawsze słabość do niskich, męskich głosów i takich pisoenkarzy też lubię - Leonard'a Cohen'a pewnie najbardziej, a za teksty - George'a Micheal'a - tyle jego piosenek ciągle umiem na pamięć...

Tyle fajnych rzeczy się w moim życiu działo....może jeszcze coś równie fajnego mnie czeka? Jeśli coś też zrobię w tym kierunku...Już dwa razy próbowałam reaktywować te podróże "za darmo" (ostatni raz w tym roku) i ciągle się nie udaje - a przecież pomimo ogromnej ilości pracy było też tyle nowych znajomości, wrażeń i wspomnień...

sobota, 8 września 2012

nie smutno i nie na temat:)

A dzisiaj nie będzie o jedzeniu - dzisiaj będzie o tym, że czasami jest fajnie...

Byłam dzisiaj w moim mieście na zakupach - nie chciało mi się strasznie jechać, bo rano wstałam i brakowało mi trochę energii, ale aby jej trochę dostać, muszę też się ruszyć...pojechałam moim ukochanym samochodem, bez którego nie wyobrażam już sobie życia - nie jestem doskonałym kierowcą, ale radzę sobie jak umiem i faktem jest, że od początku czerwca nigdy nie skorzystałam już z komunikacji powszechnie dostępnej:) Dla mnie, która miała tyle problemów ze zdaniem egzaminu, zresztą chyba słusznie, uniezależnienie się od pomocy innych w tej kwestii jest osiągnięciem porównywalnym ze schudnięciem i utrzymaniem wagi...

Na moście, jak zwykle niemiłosierny korek, jazda i ruszanie pod górkę, na rondzie ja puściłam jakąś miłą panią, za chwilę to ona mnie puściła. Zaparkowałam obok obleganego rynku, kupiłam dużo warzyw i owoców - w końcu czymś muszę się zapychać - potem odwiedziłam księgarnię, tym razem językową i coś tutaj też kupiłam. I najfajniejsze nastąpiło przy wyjeździe. Na ulicy korek, z mojej prawej strony stał długi samochód, w nim - jakiś facet około pięćdziesiątki. Jakoś bym wyjechała, bo przecież przez szyby jego samochodu i tak w miarę dobrze wszystko było widać - pan wysiadł z samochodu i mi pomógł - pokazał mi, w którym momencie wyjechać! Szybko to zrobiłam, posłałam mu uśmiech, pokazałam "tak trzymać:)" i on też się usmiechnął. Są jeszcze fajni ludzie, którzy pomagają bezinteresownie...Zresztą ja też tak lubię - bo "mała rzecz, a cieszy".


środa, 5 września 2012

jedzenie - mój problem

To tytuł programu, który właśnie obejrzałam na TLC. Opowiadał o grupie otyłych osób, które przebywają w ośrodku na terapii - dzisiejszy odcinek był poświęcony kobiecie, która jest  uzależniona od jedzenia i chce z tym zerwać dla swojej córki. Czy jej się to uda? Wątpię, bo powiedzie jej się wtedy, gdy zrobi to przede wszystkim dla siebie...
Jedzenie - mój problemTLC

Oglądam dużo programów poświęconych otyłości - nie ma ich w polskiej naziemnej telewizji, ale jest ich bardzo dużo na TVN Style, TLC, Club TV, Zone Reality. Zresztą, gdy byłam w Anglii, też się ich naoglądałam. Czemu właściwie nie produkuje ich polska telewizja? Nie mamy tego problemu? Mamy, i widać to na każdym kroku...Wróciłam do pracy - i dzieci z nadwagą dalej ją mają...

Pojechałam dzisiaj na siłownię, co okazało się nie lada wyczynem biorąc pod uwagę mój obecny stan zdrowia - ale idzie ku lepszemu...Było niewiele osób - zgadnijcie kto na bieżni przede mną? Moja ukochana Pani "od ciastek":) Biegała, ale nawet jej wzrokiem nie złapałam - nie chcę, by była dla mnie miła, nie chcę mieć z nią nic wspólnego....

Dzisiaj przyłapałam kilka razy wzrok facetów na sobie - oczywiście na czym? Na moich wspaniałych nogach...Nie widziałam jakiejś pogardy, patrzyli tak, jak ja patrzę na innych na siłowni - bez  emocji (wystarczy, że ja ich nie cierpię).

Moja uczennica, o której kiedyś pisałam - ta od "super" rodziny i anoreksji przeplatanej z bulimią - trafiła na terapię rodzinną - i o dziwo - nawet jej ojciec poszedł. Niby nastąpiła poprawa, stwierdzili u niej początki anoreksji i kilka innych zaburzeń, ale ja życzę im jak najlepiej - i jej najbardziej...Będzie ciężko, ale coś robią w tej kwestii.

Moja dieta z mocnego postanowienia poprawy na razie spowodowała przytycie o 1 kg 30 dkg. Dlatego tak sceptycznie do niej podchodziłam - znam już swój organizm - wiem, że ja nie mogę jeść "normalnie" - a śniadania jak zwykle, obiady z mięsa i warzyw, zero lodów, białko na wieczór - w szkole jogurt 0% - innego już i tak nie umiem - plus jakiś owoc. Może ona działa w przypadku osób, które jadły i zaczynają ją stosować, by schudnąć. U mnie - jak widać...Na razie próbuję dalej, zobaczymy dalsze reakcje mojego organizmu - ale na Dukanie tyłam, więc...


Tak mi jakoś nijako - niby życie się toczy według utartych torów, a jednak - jak zwykle coś nie gra...

czwartek, 30 sierpnia 2012

mocne postanowienie poprawy

Chodzi mi od kilku dni myśl, by wreszcie zacząć jeść, jak Pan Bóg przykazał...w sobotę jest 1 września, dobra data, by coś rozpocząć, zresztą jak każda inna...ale okrągła:)
Wiem, że moje jedzenie woła o pomstę do nieba, ale i tak w ciągu kilku ostatnich dni nastąpiła poprawa - jem obiady! Wczoraj troszkę kaszy, kawałek kurczaka i ćwikła...W moim przypadku to i tak postęp...I jednego loda, jak zwykle...Na szczęście robi się zimno, i ta ochota na nie przechodzi proporcjonalnie do temperatury.

Wczoraj byłam jak zwykle na zumbie i muszę powiedzieć, że pani mnie zadziwia za każdym razem . Po każdych zajęciach odnoszę wrażenie, że już coś umiem...Jak idę na kolejne, ona wymyśla tyle nowych układów, że jak się powtórzy 10% tego z poprzedniego razu, jest dobrze...i pewnie w tym jej siła! Była też jej koleżanka, która kiedyś prowadziła zajęcia, i też fajnie to robiła, ale brak tej gracji, seksowności i tego czegoś...Pani od zumby miała też wczoraj liczne grono obserwatorów w drzwiach - w tym moją koleżankę, o której kiedyś tu pisałam...Wczoraj zauważyłam też na zajęciach, ile radości sprawiają te "tańce" uczestnikom - tyle uśmiechu, wzajemnego wspierania się, zachęty w spojrzeniach - nie wspomnę już o pani, która swoją energią i chęcią życia mogłaby obdarzyć pół pułku...Takich ludzi mi trzeba w moim życiu - i pan masażysta spełnia w nim podobną rolę:)

Kiedyś pisałam o tym, jak zostałam potraktowana przez panią od ATB - i wczoraj ja byłam świadkiem podobnej sytuacji...Zobaczyłam jedną panią z siłowni  - ma ten sam problem co ja - mała góra, grube nogi, pani ok. 50 lat, i bardzo smutne spojrzenie - była ze swoją koleżanką w cukierni i wybierały jakieś ciastko...Ona na prawdę ciężko ćwiczy na siłowni, chodzi na co niektóre zajęcia, leje się pot, bo widzę...i pewnie jest kolejną uzależnioną od słodyczy...jak ja! co czułam - smutek, na pewno nie pogardę...

Odwiedziłam wczoraj moją koleżankę - wyremontowała mieszkanie, jest ładne, jasne, fajnie urządzone (bardziej w stylu kogoś, kto lubi ciężkie meble z charakterem) i ...takie puste i bez życia. Co jest jej siłą? Nie rozczula się nad niczym, żyje życiem innych, wie, co kto i gdzie, nie analizuje wszystkiego pod względem uczuć, jest kompletnie inna niż ja, ale i tak ją lubię - może właśnie za to trzeźwe spojrzenie na niektóre sprawy? Za tą przyziemność? I jest maksymalnie skupiona na sobie - nie umie kompletnie słuchać, za to wymaga tego od wszystkich innych - taka osobowość...I jak zwykle nawet nie zapytała, co u mnie...to takie zwykłe pytanie, a tyle może dać...

niedziela, 26 sierpnia 2012

po imprezie

Wczoraj zostałam zaproszona do mojego kolegi na imprezę, teoretycznie z powodu zblizającego się rozpoczęcia roku szkolnego - niestety już za tydzień...Nie chciałam iść, ponieważ był to raczej wieczór dla par, ale dzięki usilnej "pracy" kilku osób, w końcu poszłam, zakupiłam alkohol i placka (ten, który upiekłam w domu, oczywiście, gdy powinien był wyjść mi perfekcyjny, nie wyszedł...) i ...było super!

Mnóstwo śmiechu, żartów plus jedzenie...Oczywiście, mój wewnętrzny bat działał perfekcyjnie - nie spróbowałam ani jednego kawałka placka, ale zjadłam przepyszną sałatkę z pierożkami raviolli i ciepłą bułeczką prosto "z pieca", wypiłam 3 kieliszki Martini - po wypiciu dwóch kieliszków tak mnie siekło, jakbym wypiła Bóg wie ile...Ale to dlatego, że rano tylko śniadanie, potem pół kilo śliwek i jabłko, więc nic dziwnego, że moja głowa tak zareagowała...Mdłości dzisiaj są okrutne, ale wraz z upływem dnia na pewno miną...

Towarzystwo na imprezie w moim typie - lubimy się, pracujemy razem (niektórzy), a na pewno wszyscy się znamy...Nie mogło zabraknąć tematu jedzenia - żona kolegi zaczęła wspominać, jak to przez całe życie mogła jeść, ile wlezie i była szczupła, a teraz (ma około 35 lat), zaczęła tyć...Już kilka razy próbowała się odchudzać, ale zawsze chęć zjedzenia jest silniejsza od niej, stara sie biegać co rano, a ja pytam - a jak jedzenie? A ona - normalnie, więc szybko rozwiałam jej marzenie o schudnięciu - mina jej zrzedła...

Jak ja się tam czułam? Normalnie, ani gruba, ani chuda...Ale w głowie i tak cały wieczór kołatała się myśl - ile więcej na wadze jutro? A na wadze 60 dkg więcej! Przecież to dwa dni głodówki i siłowni, by to zrzucić...To konsekwencje popuszczenia sobie...ale wiecie, co jest najgorsze? Że oni wszyscy jedli trzy razy tyle co ja i czerpali z tego taką przyjemność...Ja już nie potrafię...