Łączna liczba wyświetleń

sobota, 31 grudnia 2011

zdarzenie, które odmieniło życie

Zaczęło się dość banalnie… Ale od początku. Mam 36 lat, jestem sama i samotna. Całe życie tak było. Dlaczego? Bo byłam i  pewnie dalej trochę jestem …gruba.
            Pochodzę z rodziny, gdzie problem otyłości istniał od zawsze. Mama po urodzeniu mnie już nigdy nie wróciła do swojej figury, tato zawsze miał i  ma „brzuch”. Ja od dziecka miałam apetyt na wszystko – zawsze byłam głodna i ciągle bym coś zjadła. W szkole nie wołali na mnie inaczej jak „gruba”. Ratowałam się nauką – dawałam odpisywać, podpowiadałam, zawsze wszystko wiedziałam. Ale zawsze byłam w jakiś sposób odtrącana. Nie byłam nigdy w życiu na żadnej osiemnastce, jeśli byłam na weselu – zawsze sama. Nikt mnie nie prosił do tańca, nie miałam kolegów, koleżanki tylko wtedy – gdy coś potrzebowały. Na urodziny czy imieniny też nie byłam zapraszana, bo byłam inna. Szkołę średnią wspominam jako okres, gdy chodziłam ciągle w tych samych ubraniach, bo w domu też brakowało pieniędzy, a były to czasy, gdy nie było „szmateksów” czy serwisu Allegro. Sklepy z dużymi rozmiarami też nie istniały – pamiętam raz, gdy poszłam raz do kościoła i pękły mi spodnie w kroku – były za wąskie…
            W wieku 30 lat coś się wydarzyło…Całe życie do wtedy się odchudzałam – przynajmniej wtedy tak myślałam… Ale z racji tego, że jestem nauczycielką, i to angielskiego, napisałam projekt i na pierwsze spotkanie pojechałam do Francji i tam poznałam Oliviera – nauczyciela z francuskiej szkoły, w moim wieku i co ważniejsze – w moim typie. To on był pierwszym mężczyzną, który traktował mnie normalnie…Do teraz pamiętam pierwszy uścisk ręki i jego wzrok – nie było w nim pogardy, którą widziałam u wszystkich innych. Wiedząc, że spotkam go znowu, postanowiłam coś ze sobą zrobić. Było mi za siebie wstyd, za to, jak wyglądam. Ważyłam chyba ponad 150 kg przy 168 cm wzrostu – myślę, że tyle, ponieważ waga była do 150 kg, więcej nie pokazywała, ale zakładam, że mogło to być i 160 kg. I stał się cud. Swoje odchudzanie rozpoczęłam od diety kapuścianej – w przeciągu 6 miesięcy schudłam 30 kg! Pierwszy raz w życiu. Gdy Olivier mnie zobaczył powiedział, że brak mu słów… Nasz kontakt po 2 latach się skończył, nic nie wyszło z tego pierwszego zakochania, ale po 3 latach odchudzania różnymi dietami (wypróbowałam wszystkie), doszłam do wagi 82 kg! Sama! Bez pomocy lekarzy – którzy ciągle powtarzali, że muszę schudnąć, a nigdy nie powiedzieli, jak to zrobić.
            W jaki sposób udało mi się tyle schudnąć? Konsekwencja i jeszcze raz konsekwencja! Nie było odpuszczania sobie, pozwalania na wpadki. Był codzienny rowerek, siłownia i zero słodyczy, tłuszczy i wszystkiego, co tuczące. Na okres jednego roku zniknął okres, był kłopot z nerkami, ale wszystko się unormowało, dzięki pewnej lekarce z Krakowa, która prowadziła ludzi otyłych – trafiłam do niej, gdy moja waga szła w górę. To ona kazała przeczekać, nie brać tabletek hormonalnych na wywołanie miesiączki – i miała rację, wszystko się unormowało. Co teraz? Ważę 90 kg, pilnuję się ciągle, by nie przytyć, ale schudnąć też nie potrafię już więcej. Tą wagę utrzymuję od 3 lat, ale codziennie toczę walkę ze swoim nałogiem – jedzeniem – słodyczami przede wszystkim. Dużo się nauczyłam i oduczyłam – nie jem chleba, tylko pieczywo chrupkie, mleko piję tylko odtłuszczone, wędlinę – tylko chudą, nie piję wcale soków z kartonów i napojów gazowanych. Moim ogromnym problemem jest głód psychiczny – ja ciągle jestem głodna, dlatego wiem, że to nałóg. Ten głód jest w głowie – głód akceptacji, miłości, zmian w życiu. Ale teraz wiem, że obżeranie się nie zagłuszy tego głodu – on na zawsze już pozostanie… Teraz zapycham się jabłkami, warzywami, wodą, kiedyś – czekoladą, ciastami, chipsami.
            Co mi dało schudnięcie? Poznanie tego, czego wszyscy doświadczają na co dzień. Znalazłam faceta, związek nie przetrwał, ale piękne wspomnienia pozostały. Wieczór panieński koleżanki, wesela, na które poszłam nie sama, wyjścia do knajp i znajomych. I bardziej prozaiczne przyjemności – kupienie spodni, ubrania, nie płachty, ale też w dalszym ciągu nie rozpoznawanie siebie w wystawach sklepowych – czy ta fajna dziewczyna to ja? Ale została też obwisła skóra, żylaki na nogach, masa rozstępów, wieczne poczucie niższości, bycie gorszą. Żałuję? Nie.
PS. Opowiadanie napisałam na konkurs "Charakterów"

2 komentarze:

  1. Wiesz czasem można tej drugiej połówki poszukać w osobie z podobnymi problemami co Ty:)Razem walcząc o szczęście. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Kim jesteś? nie masz swojego bloga:)

    OdpowiedzUsuń