Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 27 października 2011

będzie lepiej...

Przedruk z Angory:

Nie bądź smutny i ponury
Nie top się w rozpaczy
Każda chwila coś przynosi
Każdy dzień coś znaczy
Nie ma takiej sytuacji
Z której wyjścia by nie było
Doświadczenia są potrzebne
By się potem lepiej żyło
Raz jest dobrze
Raz jest gorzej
Tak się w życiu plecie
Rozchmurz czoło, odpędź smutki!
Jutro będzie lepiej!

niedziela, 23 października 2011

gruby w oczach chudego

Wczoraj miałam okazję porozmawiać z 16-letnim chłopcem, który cierpi na bardzo uciążliwy trądzik. Ale o tym za chwilę. Opowiadał mi o pewnym księdzu, który jest gruby. On w tej rozmowie nigdy tego słowa nie użył, starał się być politycznie poprawny - opisywał go jako dobrze zbudowanego, słusznej postury, z dużym "brzuszkiem". I - jak już kiedyś napisałam na blogu - zastanawiał się, dlaczego tak bardzo się zaniedbał i czy siebie lubi...

Grubi ludzie, gdy jedzą, nie myślą o tym w tych kategoriach. Ale chudzi już tak - lubią swoje ciało, więc niby dlaczego mają się krzywdzić obrastając tłuszczem? Jakie to proste i logiczne...
Potem stwierdził jeszcze, że gdyby on był gruby (co mu nigdy nie grozi - jest szczupły, jak wszyscy w jego rodzinie), zrobił by wszystko, co w jego mocy, by wrócić do normalnego wyglądu, bo źle by się sam ze sobą czuł.
A teraz jego problem - od około dwóch lat walczy z bardzo mocnym trądzikiem na twarzy i plecach - przetestował na sobie już wszystkie dostępne antybiotyki, maści i kuracje. Jemu nie przeszkadza najbardziej wygląd jego twarzy, lecz to, że gdy położy się do łóżka, pościel jest pokryta krwią... - i sprawia kłopot mamie, która codziennie musi ją zmieniać.... Troska o to, co ktoś inny czuje i myśli, nie on sam jest najważniejszy... Gdy idzie ulicą, nie czuje wzroku przechodniów, ale przeszkadza mu to, że jego brat bliźniak, z którym siedzi w szkole, bezwiednie patrzy się na jego twarz... Dodam, że ten nie ma żadnych problemów z cerą. 

Gdzie człowiek, tam problem...

piątek, 21 października 2011

nałóg jest jak nadciśnienie

W każdą środę, o 22.30 oglądam na Polsat Cafe program "Gwiazdy na odwyku" - jest to już któraś z kolei edycja, staram się nie opuścić żadnego odcinka, chociaż czasami mi się to nie udaje.


W zamkniętym ośrodku godzą się na zerwanie z nałogiem osoby z pierwszych stron gazet w Stanach - byli tam na przykład Eric Roberts czy modelki z pierwszych stron gazet. Są uzależnieni od narkotyków lub alkoholu. Najpierw przechodzą odtrucie fizyczne (prawie umierają z powodu objawów odstawienia...), a później zaczyna się psychoterapia. Prowadzi ją bardzo dobry (wg mnie) psychoterapeuta dr Drew, który przede wszystkim rozmawia z tymi osobami i pozwala im wyrzucić z siebie ich najskrytsze problemy.
Jest ciężko - bicie przez rodziców, znęcanie się psychiczne nad dzieckiem, bardzo częste wykorzystywanie seksualne - każda z tych pięknych i sławnych osób przeszła traumę bądź to w dzieciństwie, bądź to - gdy nie umieli sobie emocjonalnie poradzić z sukcesem.
W ostatnim programie padło zdanie - nałóg jest jak nadciśnienie czy cukrzyca, można z nim żyć, ale trzeba go kontrolować każdego dnia. Utkwiło mi w pamięci (wypowiedział je psychoterapeuta do jednego z uczestników), ponieważ ja tak żyję z nałogiem. Staram się na co dzień pilnować, co rano waga (gdzieś kiedyś wyczytałam, że osoba, która co rano się waży, składa pokłon bogu - wadze), by sprawdzić, czy nic nie przybyło.

Czasami mam "ciąg" jedzeniowy, na przykład gdy gdzieś wyjeżdżam, wtedy sobie odpuszczam. Efekt? 2-3 kg w górę, które po powrocie do "normalnego" mojego reżimu znikają tak szybko, jak się pojawiły.

Ostatnio byłam na kilkudniowej wycieczce zagranicznej i nie mogłam się im oprzeć...

wtorek, 11 października 2011

rozmowa z nastolatką

Rozmawiałam dzisiaj z 17-sto letnią dziewczyną, uczennicą szkoły średniej. Opowiedziała mi dzisiaj dużo o swoim ojcu i atmosferze panującej w domu.
Mama pracuje w szkolnictwie, tato - w innej branży. Ma starszego i młodszego brata oraz młodszą siostrę. O problemach w domu wiem nie od dziś, wcześniej kilkakrotnie rozmawiałam na ten temat z jej bratem, ale było to wtedy z jego perspektywy - syna, który nie spełniał oczekiwań ojca. A teraz - odnoszę wrażenie - historia się powtarza, bo brat jest już dorosły, coraz mniej poddaje się wpływom ojca, więc ten znalazł sobie kogoś, na kim może wyładować swoją złość. Czy ojciec, którego córka szantażuje (?), że ta wyprowadzi się z domu i znajdzie sobie pracę, bo ma go dość, mówi jej, że będzie zarabiać na ulicy? Dodam, ze ojciec ma odpowiedzialne stanowisko i jest człowiekiem wykształconym.

Ojciec nie dotrzymuje słowa. Obiecał jej wiele rzeczy - Jeśli będziesz mieć średnią powyżej 4, kupię Ci laptopa. Dziewczyna się postarała (dużo wysiłku włożyła, bo chodzi do jednego z lepszych liceum), laptopa nie było. Obiecał, że jak będzie sprzątać cały dom, pojedzie na obóz - dziewczyna sprzątała, znów słowa nie dotrzymał. Ma o to ogromny żal - po co się starać, jak i tak nie wiadomo, po co? (skąd ja to znam?)
I mama - łagodząca wszelkie domowe kłótnie, miliony razy tłumacząca mężowi, że tak nie wolno, płacząca nocą z bezsilności, a jednak chcąca wszystko "skleić"...Znam ją, jest ciepłą, miłą osobą, kochaną bardzo przez swoje dzieci - żadne nigdy na nią nic złego nie powiedziało.

Znam tą rodzinę ponad 7 lat i zawsze tak samo, a teraz może jeszcze gorzej...Z zewnątrz - perfekcyjna; wewnątrz - jak tysiące innych, w tym gdzieś moja...

niedziela, 9 października 2011

po wieczorze w Cafe Bazylia

Byłam wczoraj wieczorem na kawie z koleżanką w Cafe Bazylia. - super miejsce, już je polubiłam. Ciepłe, ze specyficzną atmosferą knajpki, gdzie przychodzi się coś zjeść (zjadłam potrawę o nazwie Zawijaniec Śródziemnomorski - a była to jakby tortilla z warzywami i kawałkami kurczaka z pysznym sosem) i ewentualnie na kawkę. Polecam!

Koleżanka, młodsza kilka lat ode mnie, ale jest przykładem osoby, która przeszła ogromną metamorfozę w życiu. Z niepewnej siebie dziewczynki przeobraziła się w pewną siebie kobietę. Jest wysoka, szczupła...i tu dochodzimy do tego, o czym chcę pisać.

Gdy ostatnio się z nią spotkałam, pożyczyłam jej książkę Małachowa "Oczyszczanie organizmu" i dziewczyna wpadła po uszy. W miedzyczasie zrobiła sobie badanie, co jej organizm toleruje, a czego nie - zrezygnowała z mleka i jakichkolwiek jego przetworów, nie jest wogóle niczego, co jest ze zboża, właściwie odżywia się głównie owocami, warzywami, suszonymi owocami i kaszą jaglaną. Efekt - schudła 10 kg, buzia jak u lalki (a miała ogromne problemy z trądzikiem) i promieniała energią życiową. Dobrze mi to spotkanie zrobiło. I pomyśleć, że to dzięki mnie - tak powiedziała - bo ja pożyczyłam jej tę książkę!
Bo jakieś 3 lata temu byłam sama na tej diecie oczyszczającej przez 3 miesiące - schudłam wtedy z 6 kg, a jak się czułam! - do tej pory to pamiętam - rewelacyjnie! Ale brakło mi cierpliwości i wytrwałości, no i teraz jestem uzależniona od kawy.

Koleżanka ma też chłopaka - bardzo przystojny, pokazała mi zdjęcie. Dużo o nim opowiadała, ale było to wszystko bardzo rozsądne - nie widać w tym było takiego jakiegoś zauroczenia, a raczej...Sama nie wiem, jak to nazwać. Faktem jest, że chłopak musi się o nią starać bardzo, bo - jak sama powiedziała - ona tego samego chleba jeść nie będzie! Fajnie to zabrzmiało:) Życzę jej jak najlepiej, bo wie, czego chce i to osiągnie!

sobota, 8 października 2011

porównanie dwóch książek

Jak pisałam, kupiłam ostatnio książkę "Maciejka" Natalii Rogińskiej. Okazało się, że mam już jej jedną książkę - "Gruba", którą przeczytałam ponad rok temu. Z obiema mam coś wspólnego - jestem sama i jestem (byłam?) gruba.

Która wydaje mi się z nich bardziej autentyczna? Jak czytałam "Grubą", odnosiłam wrażenie, że autorka posługuje się obiegowymi opiniami zebranymi z prasy, telewizji, internetu na temat tego, co czują grubi. Jej odczucia były takie płytkie - ale czytając "Maciejkę", mam wrażenie, że bohaterka jest podobna pod pewnymi względami do mnie - jest sama, niezależna, ma pracę, którą lubi (oprócz wizyt i opieki nad starym, schorowanym człowiekiem - ale to robi dla pieniędzy), pochodzi ze wsi, ma prostego ojca, który ją na swój sposób kocha i się o nią martwi (jej rodzice bardzo podobni do moich). Jej mama robi przetwory, jakby bez nich świat nie istniał - moja nota bene ostatnio zrobiła pyszny dżem z dyni i pomarańczy. I  jeszcze ma jedną, no może dwie rzeczy wspólne, o których nie wspomnę na razie...

Ostatnio z koleżanką, która przeczytała w swoim życiu chyba wszystkie książki świata - przynajmniej mnie się tak wydaje - rozmawiałyśmy, czy autorzy rzeczywiście wszystko zmyślają. Natalia Rogińska ma 26 lat i skończyła medycynę, jest jeszcze młoda, czy może mieć takie doświadczenia ze samotnością? Przemyśleń raczej nie ma, bo jej główna bohaterka "żyje pełnią życia" - nie ma na nic czasu, ciągle zapracowana lub imprezująca - jak inna moja koleżanka singielka. Ja takim typem jednak nie jestem. To znaczy też uciekam w pracę, ale mam jej już czasami serdecznie dość - im jestem starsza, tym mam coraz bardziej dość harówki, bo i tak to działanie krótkotrwałe. Wracając do książki, "Maciejkę" polecam, bo lekka, łatwa i przyjemna - w sam raz do poczytania do poduszki, bo napisana z lekkością. Co do "Grubej", to grubi niech jej nie czytają, ale chudzi jak najbardziej:)

poniedziałek, 3 października 2011

denar i krzyż

Pozwolę sobie zacytować piękny wiersz - przedruk z Angory, autor Paweł Kamiński, Perth, Szkocja:

denar i krzyż

dostałem denara
za godzinę wiary
i krzyż na całe życie
z roku na rok
jest cięższy
Bóg
nie ujmuje ciężaru
On
umacnia plecy

Bez komentarza....

sobota, 1 października 2011

takie sobie sobotnie pisanie...

Jak mam mądre (według mnie) przemyślenia dotyczące jedzenia, to zwykle mam jakieś swoje doły, ale ostatnio coś mnie one omijają, chyba dlatego, że znowu wpadłam w wir pracy i za bardzo nie mam czasu, by myśleć, a co za tym idzie - użalać się nad sobą...

Chciałam podziękować wszystkim, którzy mnie czytają. A kilka dni temu przekroczyłam magiczną granicę 1500 wyświetleń - nigdy bym się nie spodziewała, że kiedyś osiągnę taki wynik zakładając tego bloga kilka miesięcy temu. Chciałabym tylko więcej komentarzy - a za te kilka, które są - serdecznie dziękuję!!!!

Byłam dzisiaj w Empik-u - odebrałam 4 książki, które zamierzam przeczytać (lubię czytać książki, a teraz czytam tylko polskich autorów i są to tak zwane "babskie książki" - czyli o życiu.

 Kupiłam:
1. "Pudełko ze szpilkami" Grażyny Plebanek - bo o kobiecie po 30-stce, która uciekła ze swojego miasteczka - ja ze swojej wsi jeszcze nie uciekłam i może nigdy nie ucieknę, ale od czasu do czasu ją opuszczam, chociażby dla Grecji czy ukochanej Anglii:)
2. "Maciejka" Natalii Rogińskiej - bo główna bohaterka ma 37 lat, chce związku, rodziny i nie może spotkać tego jedynego - jak ja:)

3. "Związek do remontu" Romualda Pawlaka - bo podobno "opowiedziana z perspektywy mężczyzny dowcipna i pełna zwrotów akcji historia o uczeniu się miłości oraz dorastaniu do rodzicielstwa, w czym pomoże... lokalna mafia" - znalazłam dobrą recenzję na jednym z książkowym blogów - przeczytam, to się okaże:)
4. "Zawstydzeni czyli skazani na... samotność" Antoniny Kostrzewy - może sobie jakoś pomogę? Poza tym czytam jej bloga, zobaczymy, jak pisze:) - tylko autorka już na początku pisze, że jest nieśmiała, a ja mam łatwość nawiązywania kontaktów z ludźmi i nieśmiała nie jestem, ale samotna tak...

Jedna z tych książek pójdzie do łazienki - uwielbiam czytać siedząc w wannie...Dlatego w mojej łazience oprócz książki jest też sterta gazet i ciągle zamierzam kupić radio - na razie korzystam z tego w pokoju.

Dzisiaj przyrządziłam też ciasto - nawet nie wiem, jak je nazwać - okrągłe biszkopty zalane marmoladą z jabłek z galaretką pomarańczową - jutro spróbuję - wiem, wiem, nie powinnam tego robić, ale marmolada na słodziku - i tak zjem jeden kawałek, jak zwykle. Bo przecież uwielbiam piec dla samego pieczenia - w szczególności lubię przeglądać blogi i szukać czegoś ciekawego i innego...


I wyszło, co lubię - czytać, piec i ...ostatnio nie umartwiać się nad sobą:) A w poniedziałek spotykam się z moją koleżanką - trenerką i już mnie żołądek ze strachu trochę ściska...Bo znowu zacznie mnie przerabiać, w dobrym tego słowa znaczeniu...

I tyle takiego sobie pisania - dziękuję tym, którzy mnie czytają....