Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 25 września 2011

kto studiuje psychologię?

Sama bardzo kiedyś chciałam studiować psychologię, tzn. kilka lat temu, bo gdy zastanawiałam się nad wyborem moich studiów, nie wiedziałam wtedy jeszcze tyle o moim nałogu, co teraz. Wtedy po prostu za dużo jadłam, teraz wiem, że był to - i jest - nałóg.

Ale do rzeczy. Spotkałam dzisiaj moją byłą uczennicę - bardzo lubianą kiedyś, i jeszcze bardziej teraz. Ma ona teraz ponad 20 lat i studiuje psychologię. Pochodzi z rozbitego domu, ma super ojca, ale babcię, która wg mnie ją zadręcza (przenosi nienawiść z jej matki na nią). Mama odeszła od ojca i zostawiła ją, gdy była małą dziewczynką, więc wychowywała ją babcia z ojcem. Jest bardzo samotna, chociaż myślałam, że gdy wyprowadzi się z domu (mieszka na stancji), zmieni otoczenie, to i nowi ludzie się w jej życiu pojawią, Ludzie się pojawili, ale jej smutny wzrok został  - zawsze mam wrażenie, że zaraz będzie płakać. A może tylko w moim towarzystwie tak się zachowuje, bo o niej tak dużo wiem? Zapytałam ją, gdzie jest jej lepiej mieszkać - na stancji czy w domu? Odpowiedziała, że na stancji, ale gdy skończy studia, zamierza tu wrócić. Uzależnienie od poniżania? Taplanie się w znajomym bagnie?
bagno może być ciepłe i ładne, ale to zawsze bagno...

Myślę, że zdecydowała się na ten kierunek, by pomóc sobie. A przecież będzie przede wszystkim pomagać innym. Jak to jest z tymi, którzy studiują ten kierunek? Mam koleżankę psycholog, mówi, że sama raz do roku przechodzi terapię, by nie zwariować od ludzkich problemów. Ciężki zawód. Ale ile satysfakcji może też dostarczyć. I na pewno trzeba mieć silną psychikę. Więc ja się na pewno nie nadaję.
Oby moja była uczennica potrafiła sobie poradzić najpierw sama ze sobą, bo ma w sobie tyle dobroci, uległości i chęci pomagania, że kiedyś ma szansę pomóc na prawdę wielu osobom. 

wtorek, 20 września 2011

dlaczego grubi jedzą?

Dzisiaj poczytałam sobie troszkę mojej ksiązki  - biblii - "Nadwaga jest sprawą rodziny". (http://www.gwp.pl/281,.html) podrozdział - jedzenie jako kara - mówi, że grubi nie potrafią cieszyć się życiem, ponieważ uważają, ze zasłużyli na karę. Rozwinę temat - może ktoś skomentuje?

Matka - odpowiedzialna za nasze odżywianie - jednocześnie odpowiada za nasze uspołecznienie. Ona uczy nas, jak przystosować się do życia i jak przeżyć w społeczeństwie. Mama mówiła "nie", korygując nasze zachowanie i czuliśmy (czułam?), że czegoś mnie pozbawia - co podobno spowodowało konflikt między moimi pragnieniami a nakazami społecznymi. Kara i pożywienie (nagroda?) pochodziły od tej samej osoby, więc teraz nie umiem odróżnić, co było pożywieniem, a co karą. Pożywienie stało się zarówno karą, jak i pociechą. Myślę, że jedzenie przynosi ukojenie, podczas gdy ono stanowi karę.

Tyle książka - teraz ja. Coś w tym jest - nie umiem jeść bez poczucia winy. Wg mnie wcale nie powinnam jeść - czy wtedy wreszcie byłabym z siebie zadowolona? Czy wtedy polubiłabym siebie? Nie wiem - ale pewnie wpadłabym w anoreksję - więc jednak jem, jednak zawsze z jakimś tam poczuciem winy, chyba że jest to coś dietetycznego lub owoce i warzywa. Ale i tak mnie ciągnie do słodkiego - mojego narkotyku....

cdn rozważań nastąpi...