Łączna liczba wyświetleń

środa, 17 sierpnia 2011

HAPPY BIRTHDAY!

Dzisiaj moje urodziny - skończyłam 35 lat. Dużo to czy mało? Pewnie zależy, z jakiej perspektywy. Dla mnie dużo, bo cały dzisiejszy dzień robię bilans życia - wszystko wychodzi na minusie - no może nie wszystko, ale co najważniejsze - na pewno. 

Dlaczego tak jest? Bo składa się na to wiele czynników. Wygląd, przekonania, doświadczenia z dzieciństwa, pracoholizm, brak pewności siebie, miejsce zamieszkania - bardzo dużo złych, chory dom, chora ja....
Na obozie spotkałam trenerkę rozwoju osobistego - przypadek czy siła wyższa? W kilka chwil ułożyła mi moje życie, co powinnam zrobić, jak postępować. Dało mi to dużo do myślenia - gorsze jest to, że wszystko to, co ona mi powiedziała, ja już dawno sama wiem. Tylko wciąż brak tej odwagi, by coś zmienić...
A przecież tyle udało mi się już osiągnąć - ale wtedy ile wiary było we mnie, że tyle się zmieni dzięki schudnięciu - coś się zmieniło, ale nie wszystko. Kto mi da gwarancję, że gdy będę ważyć 70 kg (moja wymarzona waga), coś się zmieni? Nikt. Ale z drugiej strony, jak zaczęłam walkę ze swoją wagą (czy też jak kto woli - samą sobą), nikt mi nigdy nic nie obiecał - ja sama nie wiedziałam, co będzie...Ale zaryzykowałam, bo co miałam do stracenia? Śmierć w wieku 35 lat? Ukrywanie się w domu? Jedzenie non stop?
Czemu teraz nie potrafię zrobić tego czy tamtego? Bo wtedy okaże się, że waga to tylko przykrywka, że trzeba zmienić charakter, nastawienie do życia - a to jest 10 tysięcy razy trudniejsze niż jedzenie jabłek przez cały dzień... Nota bene, jadę na nich od 3 dni - 3 kg z obozu muszą zejść - zresztą już zeszły.
Bo tłuszcz na mnie to jak tarcza. A życie boli. Jak schudnę do moich wyobrażonych 70 kg, na co wtedy zwalę porażki życiowe? Na pewno nie na wagę.  I co wtedy?

niedziela, 14 sierpnia 2011

w świecie chudych

Wróciłam z obozu - byłam na nim dwa tygodnie. Obóz był ciekawy, dużo się działo, zrobiłam mnóstwo cudownych zdjęć w górach i nie tylko. Niestety, wszystko, co dobre, szybko się kończy...


Będzie o jedzeniu. Były trzy posiłki dziennie - rano śniadanie - szwedzki stół, obiad składający się z zupy, drugiego dania oraz kompotu (rozwodnionego soku) oraz kolacja - coś na ciepło lub kanapki - co kto woli.
I teraz opiszę jedzenie mojej dwójki współtowarzyszy - pani A i pana B.


Pani A - wulkan energii, 48 lat, czwórka dzieci, niska, szczupła. Kilka lat temu przeszła głodówkę zdrowotną dr Ewy Dąbrowskiej, została wegetarianką - wszystko ze względu na wysoki poziom cholesterolu we krwi i liczne problemy sercowe w jej rodzinie. Na obozie jadła tylko warzywa, owoce, nabiał - gdy wychodziłyśmy - pozwalała sobie na lody, ale jedną gałkę. Wg niej samej - całe życie na diecie. Dużo się rusza, jest instruktorką Nordic Walking, rzuciła palenie, nie pije kawy, od której była kiedyś uzależniona. Czemu to wszystko? Bo zależy jej na życiu i bardzo chce żyć, więc walczy. I na razie jej się to udaje - poziom cholesterolu utrzymuje na poziomie 150, gdy jadła mięso - zaraz miała powyżej 300. Wniosek - można coś zmienić, gdy się bardzo tego chce...

Pan B - wiek około 45-50 lat, wysoki, wysportowany. Na śniadanie dwie kromeczki razowego z wędlinką, dużo warzyw, obiad normalny, kolacja coś na ciepło. Zero dojadania, zero słodyczy,. fast food'ów. Nie je nigdy po 19. co rano pobudka - o 6 i około godziny jogging'u. Pływa, jeździ na nartach, uwielbia chodzić po górach, wie o nich dużo - jest też przewodnikiem. Dwóch synów, których od dziecka zachęcał do ruszania się - zabierał ich na wycieczki, wyprawy rowerowe, nad morze, itd. Nie je słodkiego - tylko, gdy jest ku temu jakaś szczególna okazja. Wesoły, mądry facet.

Ja - jadłam jak oni - rano dwie kromki razowego z wędliną i pomidorem, obiad - kilka łyżek zupy plus drugie danie, wieczorem dwie kanapki z razowym. Ruchu tyle co wszyscy - wycieczki w góry, po miastach. Wieczorem wypady na lody lub drinka - jak oni. Rezultat - 3 kg więcej w dwa tygodnie.


Ich podejście do ludzi grubych - czemu Ci ludzie tak się krzywdzą? Czemu nie potrafią jeść mniej i bardziej zdrowo? Ja - siedząc z nimi - czułam się winna, że jem...bo jestem gruba, więc nie powinnam. Był z nami kierowca - z brzuchem - ale siedział obok nas tylko na początku, ponieważ też nie czuł się dobrze - zmienił stolik i przysiadł się do kierownika, który też był przy kości - przy nim mógł jeść.

Świat ludzi grubych i chudych - niby takie same, a jednak jak bardzo różne...