Łączna liczba wyświetleń

sobota, 31 grudnia 2011

zdarzenie, które odmieniło życie

Zaczęło się dość banalnie… Ale od początku. Mam 36 lat, jestem sama i samotna. Całe życie tak było. Dlaczego? Bo byłam i  pewnie dalej trochę jestem …gruba.
            Pochodzę z rodziny, gdzie problem otyłości istniał od zawsze. Mama po urodzeniu mnie już nigdy nie wróciła do swojej figury, tato zawsze miał i  ma „brzuch”. Ja od dziecka miałam apetyt na wszystko – zawsze byłam głodna i ciągle bym coś zjadła. W szkole nie wołali na mnie inaczej jak „gruba”. Ratowałam się nauką – dawałam odpisywać, podpowiadałam, zawsze wszystko wiedziałam. Ale zawsze byłam w jakiś sposób odtrącana. Nie byłam nigdy w życiu na żadnej osiemnastce, jeśli byłam na weselu – zawsze sama. Nikt mnie nie prosił do tańca, nie miałam kolegów, koleżanki tylko wtedy – gdy coś potrzebowały. Na urodziny czy imieniny też nie byłam zapraszana, bo byłam inna. Szkołę średnią wspominam jako okres, gdy chodziłam ciągle w tych samych ubraniach, bo w domu też brakowało pieniędzy, a były to czasy, gdy nie było „szmateksów” czy serwisu Allegro. Sklepy z dużymi rozmiarami też nie istniały – pamiętam raz, gdy poszłam raz do kościoła i pękły mi spodnie w kroku – były za wąskie…
            W wieku 30 lat coś się wydarzyło…Całe życie do wtedy się odchudzałam – przynajmniej wtedy tak myślałam… Ale z racji tego, że jestem nauczycielką, i to angielskiego, napisałam projekt i na pierwsze spotkanie pojechałam do Francji i tam poznałam Oliviera – nauczyciela z francuskiej szkoły, w moim wieku i co ważniejsze – w moim typie. To on był pierwszym mężczyzną, który traktował mnie normalnie…Do teraz pamiętam pierwszy uścisk ręki i jego wzrok – nie było w nim pogardy, którą widziałam u wszystkich innych. Wiedząc, że spotkam go znowu, postanowiłam coś ze sobą zrobić. Było mi za siebie wstyd, za to, jak wyglądam. Ważyłam chyba ponad 150 kg przy 168 cm wzrostu – myślę, że tyle, ponieważ waga była do 150 kg, więcej nie pokazywała, ale zakładam, że mogło to być i 160 kg. I stał się cud. Swoje odchudzanie rozpoczęłam od diety kapuścianej – w przeciągu 6 miesięcy schudłam 30 kg! Pierwszy raz w życiu. Gdy Olivier mnie zobaczył powiedział, że brak mu słów… Nasz kontakt po 2 latach się skończył, nic nie wyszło z tego pierwszego zakochania, ale po 3 latach odchudzania różnymi dietami (wypróbowałam wszystkie), doszłam do wagi 82 kg! Sama! Bez pomocy lekarzy – którzy ciągle powtarzali, że muszę schudnąć, a nigdy nie powiedzieli, jak to zrobić.
            W jaki sposób udało mi się tyle schudnąć? Konsekwencja i jeszcze raz konsekwencja! Nie było odpuszczania sobie, pozwalania na wpadki. Był codzienny rowerek, siłownia i zero słodyczy, tłuszczy i wszystkiego, co tuczące. Na okres jednego roku zniknął okres, był kłopot z nerkami, ale wszystko się unormowało, dzięki pewnej lekarce z Krakowa, która prowadziła ludzi otyłych – trafiłam do niej, gdy moja waga szła w górę. To ona kazała przeczekać, nie brać tabletek hormonalnych na wywołanie miesiączki – i miała rację, wszystko się unormowało. Co teraz? Ważę 90 kg, pilnuję się ciągle, by nie przytyć, ale schudnąć też nie potrafię już więcej. Tą wagę utrzymuję od 3 lat, ale codziennie toczę walkę ze swoim nałogiem – jedzeniem – słodyczami przede wszystkim. Dużo się nauczyłam i oduczyłam – nie jem chleba, tylko pieczywo chrupkie, mleko piję tylko odtłuszczone, wędlinę – tylko chudą, nie piję wcale soków z kartonów i napojów gazowanych. Moim ogromnym problemem jest głód psychiczny – ja ciągle jestem głodna, dlatego wiem, że to nałóg. Ten głód jest w głowie – głód akceptacji, miłości, zmian w życiu. Ale teraz wiem, że obżeranie się nie zagłuszy tego głodu – on na zawsze już pozostanie… Teraz zapycham się jabłkami, warzywami, wodą, kiedyś – czekoladą, ciastami, chipsami.
            Co mi dało schudnięcie? Poznanie tego, czego wszyscy doświadczają na co dzień. Znalazłam faceta, związek nie przetrwał, ale piękne wspomnienia pozostały. Wieczór panieński koleżanki, wesela, na które poszłam nie sama, wyjścia do knajp i znajomych. I bardziej prozaiczne przyjemności – kupienie spodni, ubrania, nie płachty, ale też w dalszym ciągu nie rozpoznawanie siebie w wystawach sklepowych – czy ta fajna dziewczyna to ja? Ale została też obwisła skóra, żylaki na nogach, masa rozstępów, wieczne poczucie niższości, bycie gorszą. Żałuję? Nie.
PS. Opowiadanie napisałam na konkurs "Charakterów"

spóźnione podsumowanie roku

 Wpis miałam opublikować w Sylwestra, ale robię to dzisiaj...

Dzisiaj Sylwester - wszyscy się gdzieś szykujemy lub zostajemy i jesteśmy w domku - ja mam trzy opcje - albo kino (bilety zarezerwowane) albo do koleżanki na babski wieczór albo do łóżka (na razie mi się najbardziej chce to ostatnie...)

Co roku dostaję po Nowym Roku list od Sally z Belfastu - wysyła go zamiast kartki świątecznej i  opisuje w nim, co się wydarzyło przez cały ten rok i u niej i jej rodziny. Dzisiaj ja spróbuję podsumować MÓJ rok...

Jaki był ten rok? Ciężko powiedzieć, ale na pewno nie był nudny, ale też i nie taki, jakbym do końca chciała...
Waga ciągle ta sama - w moim przypadku to chyba dobrze, biorąc pod uwagę nałóg, ale z drugiej strony niedobrze, bo powinnam ważyć mniej. Dłuższe włosy, więcej zmarszczek, ładniejsze oczy i ładne ręce (tak się komuś spodobały, że nawet pierścionek na jednej z nich wylądował, ale gdzieś spadł w międzyczasie...). W pracy jak zwykle, w domu atmosfera oczyszczona i nawet jest teraz dobrze po zrozumieniu pewnych rzeczy i po odpuszczeniu jeszcze większej ilości rzeczy - bo i tak to nic nie da.... Na Wigilii usłyszałam bardzo ważną rzecz od mojego brata - mama się popłakała na drugi dzień, bo niby się z nim kłócę, ale jak przyjdzie co do czego... Odwiedziłam ciepły kraj, jednak za ciepły dla mnie, ale miło było iść na kolację z inteligentnym facetem i zakosztować pysznej greckiej kuchni i greckiego wina. Podtrzymuję moje przyjaźnie irlandzkie - bardzo dla mnie ważne - ale tam coraz gorzej się dzieje, problemy rodzinne przeplatane z problemami zdrowotnymi. Podtrzymuję przyjaźń z panem X, który mógłby być moim ojcem, a jest przyjacielem od wielu lat. Poznałam fantastyczną, optymistycznie nastawioną do życia kobietę, która zmusiła mnie do spróbowania dwóch ważnych rzeczy w życiu - może w nadchodzącym roku zobaczę efekty jej działań, to znaczy jej "kopa w tyłek", ale działań moich. Poznałam miłego, ciepłego pana, który zawsze zostanie w mojej pamięci jako uosobienie spokoju i normalności u płci przeciwnej, czyli tego, czego całe życie szukałam, chociaż nasze drogi już wkrótce się rozejdą. Poznałam też kogoś, z kim nadawałam na jednej fali, ale głos rozsądku kazał zakończyć tą znajomość, bo więcej by było z niej problemów niż szczęścia, jakkolwiek i tak zawsze będę go wspominać...(łza się kręci w oku). Napisałam historię mojego odchudzania - wyrzuciłam to z siebie:)
Co zawaliłam? Zostawiłam bez kontaktu męża mojej zmarłej przyjaciółki - i nie potrafię z tym walczyć, chociaż nie ma dnia, bym nie myślała o Eli i o tym, jak ważną była osobą w moim życiu...

piątek, 23 grudnia 2011

życzenia noworoczne - inaczej...

Gwiazd z nieba, których nie dotkniecie!
Marzeń spełnienia, których nie osiągniecie!
Radości w życiu tak ciężkim i tragicznym.
Uśmiechu, pustego słowa w moim słowniku!
Wiary, która jest chwiejna jak wiatr zadmucha
Szczęścia niewidzialnego oczyma...

Może świata u stóp i wielu z nim przymiotników
Wiem czego Wam mogę życzyć
Bądźcie sobą przez każdą chwilkę w życiu,
Która mija nas jak wiatr i czas lecący.
Bądźcie takimi, jakimi Was Bóg stworzył.
Nieznających potencjału drzemiącego -
cech ani negatywów.

Jesteście ludźmi zatem nimi pozostańcie?
Właśnie takimi których kocham najbardziej!
Z dobrem i złem w wnętrzu osobowym,
z charakterem ciężkim i nieprzetworzonym!
Gdyż pięknem jesteście takim jak pozostaliście stworzeni...
Cóż ja będę mógł później do was pienić?
Gdy każdy z Was będzie ideałem.
No bo chciałbym pisać,
o dobru i złu w nas samych...

Powodzenia i walki, sukcesu i ewentualnych darów,
w postaci cech charakteru,
Uśmiechu, przyjaciół, pogody ducha.
Słońca świecącego w dni ciemne i pochmurne!
Dróg dobrych i ścieżyn życia, losu łatwego!
Zdrowia... by móc w nimi brnąć...

czwartek, 22 grudnia 2011

prezenty

Święta - a z nimi - prezenty. Dostałam dwa. Jeden to aniołek.
A drugi - śliczna choinka zrobiona z orzechów...

Dwa przykłady rękodzieła - bardzo dla mnie ważne, bo są oznaką sympatii dla mnie. Ktoś, kto je przygotował dla mnie, myślał o mnie i włożył w wykonanie tej rzeczy dużo serca - przecież najłatwiej jest iść i coś kupić...
Miłe...

czwartek, 15 grudnia 2011

wybaczyć...

Tyle żalu i smutku we mnie... Muszę się zajmować codziennym życiem, wszystkimi sprawami mniej lub bardziej przyziemnymi, chociaż wogóle mi się nie chce...ale ma być normalnie, więc jest...
Czytam książkę "Miej odwagę wybaczyć" - Edward M. Hallowell. Książka napisana przez psychiatrę, pisarza uzdrowiciela. Wczoraj rozmawiałam też z moją przyjaciółką na ten temat. Stwierdziła, że muszę wybaczyć przede wszystkim samej sobie, ale ja właśnie tego nie potrafię,
Nie potrafię sobie wybaczyć tylu lat jedzenia, tylu lat zmarnowanego życia (przynajmniej pod pewnymi względami), pozwalania na pomiatanie sobie - teraz przechodzę na drugą stronę - to ja staram się być jak beton i nic nie czuć...
Nie potrafię wybaczyć sobie, że zawiodłam - siebie najbardziej. Nie tak miało to wszystko wyglądać, nie tak miało być. Tyle osób mówi - na tyle rzeczy masz wpływ, tyle możesz zmienić, ale to nie jest prawdą. Nie wszystko od nas zależy, czasami czegoś bardzo się chciało lub nadal chce i nie wyszło lub nie ma się już siły, by walczyć. Gdzie jest ta osoba, która jeszcze wierzyła? Znika w codzienności i przyziemności...
W "Skarbie" - gazetce reklamowej Rossmann'a jest bardzo mądry artykuł na temat przebaczania i wyciągania ręki - że nie można chować swojej złości w sobie i trzeba pierwszemu wyciągnąć rękę - trochę to wprowadziłam dzisiaj w życiu i było lepiej, ale na jak długo? Za dużo nagromadzonych złych uczuć i pretensji.
Podobno mam tendencję do pielęgnowania w sobie uraz i mam zacięty charakter - przyznaję się do tego, chciałabym to zmienić, ale granica pomiędzy upartością a pozwoleniem wejścia sobie na głowę jest bardzo cienka i niepewna. Idą święta, skończę czytać książkę, może dowiem się, jak walczyć z samą sobą i jak wybaczyć? Przede wszystkim sobie...

sobota, 3 grudnia 2011

lekcja życia

Dzisiaj nie o jedzeniu - chociaż może za chwilę. Z racji wykonywanego zawodu w tym tygodniu przeżyłam jeden z większych stresów w moim życiu - mianowicie lekcję koleżeńską dla moich koleżanek i kolegów z pracy. Pracuję już 13 lat (albo dopiero), ale ten przymusowy wybór zapamiętam do końca życia...

Ten stresujący dzień poprzedziły chyba ze dwa tygodnie przygotowań - przeczytałam setki scenariuszy w internecie, kilka książek, ale konspekt, który przygotowałam, powstał w oparciu o materiały z sieci i pomysł koleżanki z większym doświadczeniem .Moje nastolatki pytały - dlaczego u nas? Podbudowałam ich - zostaliście wybrani, bo jesteście najlepsi i się do tego nadajecie (siła pozytywnego myślenia:). W jej trakcie stanęli na wysokości zadania - lekcja wyszła super, było miło i przyjaźnie, mnie stres opuścił po kilku minutach i wszystko poszło sprawnie i gładko. Lekcja się podobała, usłyszałam wiele ciepłych słów - myślę, że szczerych, szczególnie te, które powiedziała mi jedna koleżanka - jesteśmy z Tobą i dziękujemy Bogu, że to nie na nas padło!

Na koniec lekcji moi wychowankowie - przy akompaniamencie podkładu "Hallelujah" - mieli sobie wyobrazić miejsce, w którym kończy się złość... Gdy ich o to zapytałam, wymieniali swój pokój, klasę, ogród i w końcu - swój dom... Zadałam pytanie - sam czy z ludźmi w nim - chłopak bez cienia wahania odpowiedział - z bratem, mamą i tatą. Inny - wyobaził sobie Karaiby i ciepłą plażę (przyszła mi Grecja do głowy:). Chłopiec wspomniany po raz pierwszy napisał mi też kiedyś zadanie - o co najczęściej wybuchają problemy w domu? I wiecie - co napisał? U mnie w domu jedynym problemem jest psująca się spłuczka w łazience, bo jej hałas go denerwuje, a z wszystkimi domownikami żyje w zgodzie. Ja mu wierzę - i zazdroszczę takich relacji w domu...

sobota, 19 listopada 2011

super wyglądasz!

Super wyglądasz! - usłyszałam to dzisiaj z ust faceta. Kim był? Kolega z czasów studiów, który nie widział mnie z 8, może 9 lat. Gdy ostatni raz mnie widział, ważyłam pewnie jeszcze z 50 kg więcej, więc skoro mnie poznał, to już nie lada osiągnięcie z jego strony. On nie za wiele się zmienił, właściwie żadnych zmarszczek, tylko włosów jakby mniej. Zapytał, co u mnie? A u mnie - po staremu. Nuda.

A u niego? Kupił dom, przeprowadził się tam, ma żonę, którą znam oraz nastoletnią już córkę. Tak powinno wyglądać moje życie, ale nie będę się użalać, bo na pewne rzeczy nie mam wpływu.
Brakuje mi takich słów - po schudnięciu, słyszałam to bardzo często, teraz, gdy waga stoi od trzech lat i wszyscy się do niej przyzwyczaili, nikt już mi tego nie mówi - ale gdybym przytyła, ludzie gotowi byliby mnie zamordować - wzrokiem najbardziej. Ale co oni wiedzą? Tyle, co widzą...

Ze mną to tak dziwnie trochę - dla tych, którzy wiedzą, jak wyglądałam wcześniej, jestem normalna, ale dla tych, którzy mnie nie znali wtedy - jestem za gruba. Dlatego mój wygląd jest ambiwalentny.
"Charaktery" ogłosiły konkurs na opowiadanie pt. "Moja historia" - napisałam 2 strony, wysłałam, ciekawa jestem, czy zostanie zauważone? Zobaczymy, gdy ogłoszą wyniki. Dla zwycięzców - książka, a te zawsze kocham!
A na koniec - mądry wiersz, który znalazłam przygotowując się do wielkiego stresu w tym tygodniu.
"Uważam Cię za nieszczęśliwego,
bo nigdy nie byłeś nieszczęśliwy.
Przeszedłeś przez życie bez walki.
Nikt się nie dowie, ani nawet Ty sam, co potrafisz.                                     
Aby poznać samego siebie, trzeba się wystawiać na próbę
Tylko tak może się przekonać każdy, na co go stać"
Seneka

ps. Kilka dni zastanawiałam się na dwoma pierwszymi wersami i ich sensem i wreszcie zrozumiałam - porażka w życiu jest tak potrzebna jak sukces...

czwartek, 17 listopada 2011

wrażenia popoznaniowe

Ubiegły weekend spędziłam na szkoleniu w Poznaniu. Dostałam pojedynczy pokój - lubię być w jedynkach na takich wyjazdach - nie trzeba z nikim na siłę przebywać. Ośrodek położony nad pięknym jeziorem, za oknem żaglówki i jesienne liście....
Gdy weszłam do jadalni, na szczęście zostałam zauważona przez moich dwóch kolegów z wakacyjnego obozu - a bałam się, że nie będę miała z kim siedzieć, bo osoby, które znam, nie pojechały. Panowie byli bardzo miłym towarzystwem, może dlatego, że spędziłam już nimi dwa tygodnie i trochę ich poznałam. Starsi ode mnie o jakieś 10 lat co najmniej, mieli ciekawe poglądy i ...żony:)
Największym ich błędem życiowym - jak sami podkreślali - było to, że nie zmienili zawodu, gdy byli młodsi. Bardzo tego żałują - obaj doświadczyli wypalenia zawodowego, teraz pracują, bo muszą, nie daje im już praca żadnej radości i spełnienia - kiedy mnie to dopadnie?
Wracałam do Warszawy z miłym małżeństwem - między nimi widać było tyle miłości i wzajemnego szacunku. Sami z własnej woli zaproponowali mi swoją pomoc - tak rzadko to się teraz zdarza...
I - o dziwo - nie dopadł mnie syndrom rzucania się na jedzenie! Jadłam jak wszyscy - oczywiście przytyłam 2 kilo, bo jadłam obiady, ale - jak zwykle - powrót do domu i waga dojdzie do mojej normy. A, i jeszcze zjadłam 1 rogala marcińskiego za skandaliczną cenę 9 zł! Był pyszny, ale żartowaliśmy, że to jeden z punktów naszego szkolenia - obowiązkowy, by go zaliczyć!

Smutno mi ostatnio - ale płakać jakoś nie mogę. Co będzie?

niedziela, 6 listopada 2011

szkoda...

Odkrywałam dzisiaj nową galerię handlową Millenium Hall - właściwie niewiele odkryłam, mnóstwo sklepów, eleganckich ludzi, pachnących pań i dobrze ubranych panów. I coś jeszcze...
Wychodziłam już prawie, położyłam swoje rzeczy na krześle, by się ubrać - w środku można chodzić z krótkim rękawkiem - i za mną usadowiła się starsza pani, z wyglądu około 55 - 60 lat, obok niej stanął jej mąż. Pani - na oko ze 130 kg, niezbyt wysoka, ale za to potwornie zmęczona, ciężko oddychała i rzuciłam na nią okiem tylko dwa razy, ukradkiem, ale pewnie i tak zauważyła...

Według mnie dopiero weszła do galerii, jej mąż stał obok niej, on - dość wysoki, lekko szpakowaty, normalnej budowy ciała. A ona? Miała chyba łzy w oczach - nie sądzę, by dała rady obejść sklepy. Ale gdyby tyle nie ważyła? Wiek nie byłby żadną przeszkodą. Bo kilka chwil przed nią zauważyłam też znajomą dyrektorkę szkoły - kobieta lat około 50, przeciętnego wzrostu, ale jaka figura! Włosy modnie obcięte, szpilki, czarne rajstopy, spódniczka w kolano, biało-czarny dopasowany płaszczyk i torebka, a u boku - równie elegancki mąż.

Dwie kobiety pewnie w podobnym wieku - jedna szczupła, druga gruba - ta gruba juz pewnie jest jedną nogą na tamtym świecie...Tylko czekać, jak dostanie jakiegoś zawału lub wylewu. Kiedyś znajoma pielęgniarka powiedziała mi, że każdy ma takie samo serce i porównała je do silnika samochodowego - czy silnik malucha uciągnie ciężarówkę? Nie, po padnie wcześniej czy później....Jak normalne serce w ciele grubej osoby. Porównanie drastyczne, ale wymowne...
Wróćmy do tej otyłej pani - jakie moje odczucia? Było mi jej szkoda - pierwsza myśl - co zajadała? Czemu jej było tak ciężko w życiu. ze musiała się pocieszać tym narkotykiem - jedzeniem?
Nie chcę być na starość jak ona i zrobię wszystko, by do tego nie dopuścić...

piątek, 4 listopada 2011

docenić niedoceniane

Rozmawiałam dzisiaj rano z koleżanka - obie byłyśmy tak samo złe, ja właściwie na cały świat, ona - po południu powód został wyjaśniony...
Jest ucieleśnieniem moich marzeń - bo ma to, czego ja nie ma. Jest szczupła, ma fajnego męża (znam go bardzo długo, wiem, co mówię), trójkę dzieci - znam najstarszego syna i też bardzo go lubię. Pani B jest w moim wieku, znamy się około 13 lat, więc mogę stwierdzić, że trochę ja znam. Ma dom, w środku - wypisz, wymaluj Ikea - a wszystko zrobione przez męża, który wszystko umie zrobić.

Zaczęło się od tego, że kilka dni temu jej siostra urodziła dziecko, a dzisiaj - jej koleżanka z lat szkolnych, która wyszła za mąż nie z miłości, a z rozsądku. I się zaczęło. Bo mąż nie był przy porodzie ich trzeciego dziecka, bo dopiero dzisiaj sobie uświadomiła, że w ten sposób pokazał jej, że mu na niej nie zależy. Że zawsze musiała i musi sobie dawać radę, chociaż wolałaby być jak ciapowata siostra, której zawsze wszyscy pomagają. Że zawsze ma w sobie duże poczucie odpowiedzialności - by było posprzątane, ugotowane, uprasowane - dzieci - by miały odrobione lekcje, by chodziły modnie ubrane, by mężowi było z nią dobrze, by się podobała mu ciągle, by ...ciągle spełniała czyjeś wymagania. Że zawsze czuła, że zawiodła rodziców, w szczególności matkę - bo mąż nie ten, bo gdy matka zobaczyła dom, który kupiła, kazała się natychmiast odwieźć, bo to ruina ( a teraz - tylko pozazdrościć!). Podsumowałam - a wiesz, jak jesteś widziana z zewnątrz? Zadbana, pewna siebie, zawsze sobie dająca radę, lubiana, matka, żona i kochanka:)

Ma wszystko - ja nic. Ale gdy rozmawiałyśmy, nie czułam jakiejś pogardy z jej strony co do mojej żałosnej sytuacji. Ja jej zawsze zazdrościłam rodziny, ona mi - niby "prestiżu" i pieniędzy. Mogę się z nią szybko zamienić. Tylko po co ona wtedy będzie żyć?
Tyle niby obie mamy i zawsze nam źle. Ale ja to wszystko duszę w sobie, ona wybuchła. Jak długo?

wtorek, 1 listopada 2011

zaduma - z przymrużeniem oka...

 Mój przyjaciel z Krakowa przysłał mi dzisiaj taki wiersz - lekki, łatwy i prawdziwy, pomimo takiego smutnego dnia dzisiaj

 Zaduma
 
W Wszystkich Świętych na cmentarzu
Jest dostojnie i pięknie jak na ołtarzu
Wśród nagrobków jest wesoło
Wspominamy wszystkich wkoło
      Nie za bardzo umarli nas obchodzą,
      A zachowanie i ubiór tych, co do nich przychodzą
     Każdy ładnie jest ubrany.
     Tak biedota, jak i pany. 

Wielka rewia tu panuje
Jeden przed drugim szpanuje. 

Tyle zachodu, a życie szybko minie
Szybciej niż myślimy. Miejsce to nas nie ominie
     Cisza i spokój tylko w grobach panuje
     Nikt nikomu na odcisk nie nadeptuje
     Czy ten gorszy, czy ten lepszy
     Zakopany nic nie s............

Każdy równo leży w grobie
Nie głupoty mu już w głowie. 

Ten żył skromnie, ten się rozpierał
Tu szeregowy. Przy nim generał.
     Tutaj hrabia obok dziada
     Wcale im to nie przeszkadza
     Różne jeszcze mezalianse...
     Nie zdarzają się jednak dalsze
Nawet gdy trzech mężów przy jednej leżą połowicy
Nikt się nie pcha, nie zazdrośni zalotnicy. 

Tak się boimy, a jakże tu miło. 
Gdyby tak u nas.. - Pięknie by się żyło!

czwartek, 27 października 2011

będzie lepiej...

Przedruk z Angory:

Nie bądź smutny i ponury
Nie top się w rozpaczy
Każda chwila coś przynosi
Każdy dzień coś znaczy
Nie ma takiej sytuacji
Z której wyjścia by nie było
Doświadczenia są potrzebne
By się potem lepiej żyło
Raz jest dobrze
Raz jest gorzej
Tak się w życiu plecie
Rozchmurz czoło, odpędź smutki!
Jutro będzie lepiej!

niedziela, 23 października 2011

gruby w oczach chudego

Wczoraj miałam okazję porozmawiać z 16-letnim chłopcem, który cierpi na bardzo uciążliwy trądzik. Ale o tym za chwilę. Opowiadał mi o pewnym księdzu, który jest gruby. On w tej rozmowie nigdy tego słowa nie użył, starał się być politycznie poprawny - opisywał go jako dobrze zbudowanego, słusznej postury, z dużym "brzuszkiem". I - jak już kiedyś napisałam na blogu - zastanawiał się, dlaczego tak bardzo się zaniedbał i czy siebie lubi...

Grubi ludzie, gdy jedzą, nie myślą o tym w tych kategoriach. Ale chudzi już tak - lubią swoje ciało, więc niby dlaczego mają się krzywdzić obrastając tłuszczem? Jakie to proste i logiczne...
Potem stwierdził jeszcze, że gdyby on był gruby (co mu nigdy nie grozi - jest szczupły, jak wszyscy w jego rodzinie), zrobił by wszystko, co w jego mocy, by wrócić do normalnego wyglądu, bo źle by się sam ze sobą czuł.
A teraz jego problem - od około dwóch lat walczy z bardzo mocnym trądzikiem na twarzy i plecach - przetestował na sobie już wszystkie dostępne antybiotyki, maści i kuracje. Jemu nie przeszkadza najbardziej wygląd jego twarzy, lecz to, że gdy położy się do łóżka, pościel jest pokryta krwią... - i sprawia kłopot mamie, która codziennie musi ją zmieniać.... Troska o to, co ktoś inny czuje i myśli, nie on sam jest najważniejszy... Gdy idzie ulicą, nie czuje wzroku przechodniów, ale przeszkadza mu to, że jego brat bliźniak, z którym siedzi w szkole, bezwiednie patrzy się na jego twarz... Dodam, że ten nie ma żadnych problemów z cerą. 

Gdzie człowiek, tam problem...

piątek, 21 października 2011

nałóg jest jak nadciśnienie

W każdą środę, o 22.30 oglądam na Polsat Cafe program "Gwiazdy na odwyku" - jest to już któraś z kolei edycja, staram się nie opuścić żadnego odcinka, chociaż czasami mi się to nie udaje.


W zamkniętym ośrodku godzą się na zerwanie z nałogiem osoby z pierwszych stron gazet w Stanach - byli tam na przykład Eric Roberts czy modelki z pierwszych stron gazet. Są uzależnieni od narkotyków lub alkoholu. Najpierw przechodzą odtrucie fizyczne (prawie umierają z powodu objawów odstawienia...), a później zaczyna się psychoterapia. Prowadzi ją bardzo dobry (wg mnie) psychoterapeuta dr Drew, który przede wszystkim rozmawia z tymi osobami i pozwala im wyrzucić z siebie ich najskrytsze problemy.
Jest ciężko - bicie przez rodziców, znęcanie się psychiczne nad dzieckiem, bardzo częste wykorzystywanie seksualne - każda z tych pięknych i sławnych osób przeszła traumę bądź to w dzieciństwie, bądź to - gdy nie umieli sobie emocjonalnie poradzić z sukcesem.
W ostatnim programie padło zdanie - nałóg jest jak nadciśnienie czy cukrzyca, można z nim żyć, ale trzeba go kontrolować każdego dnia. Utkwiło mi w pamięci (wypowiedział je psychoterapeuta do jednego z uczestników), ponieważ ja tak żyję z nałogiem. Staram się na co dzień pilnować, co rano waga (gdzieś kiedyś wyczytałam, że osoba, która co rano się waży, składa pokłon bogu - wadze), by sprawdzić, czy nic nie przybyło.

Czasami mam "ciąg" jedzeniowy, na przykład gdy gdzieś wyjeżdżam, wtedy sobie odpuszczam. Efekt? 2-3 kg w górę, które po powrocie do "normalnego" mojego reżimu znikają tak szybko, jak się pojawiły.

Ostatnio byłam na kilkudniowej wycieczce zagranicznej i nie mogłam się im oprzeć...

wtorek, 11 października 2011

rozmowa z nastolatką

Rozmawiałam dzisiaj z 17-sto letnią dziewczyną, uczennicą szkoły średniej. Opowiedziała mi dzisiaj dużo o swoim ojcu i atmosferze panującej w domu.
Mama pracuje w szkolnictwie, tato - w innej branży. Ma starszego i młodszego brata oraz młodszą siostrę. O problemach w domu wiem nie od dziś, wcześniej kilkakrotnie rozmawiałam na ten temat z jej bratem, ale było to wtedy z jego perspektywy - syna, który nie spełniał oczekiwań ojca. A teraz - odnoszę wrażenie - historia się powtarza, bo brat jest już dorosły, coraz mniej poddaje się wpływom ojca, więc ten znalazł sobie kogoś, na kim może wyładować swoją złość. Czy ojciec, którego córka szantażuje (?), że ta wyprowadzi się z domu i znajdzie sobie pracę, bo ma go dość, mówi jej, że będzie zarabiać na ulicy? Dodam, ze ojciec ma odpowiedzialne stanowisko i jest człowiekiem wykształconym.

Ojciec nie dotrzymuje słowa. Obiecał jej wiele rzeczy - Jeśli będziesz mieć średnią powyżej 4, kupię Ci laptopa. Dziewczyna się postarała (dużo wysiłku włożyła, bo chodzi do jednego z lepszych liceum), laptopa nie było. Obiecał, że jak będzie sprzątać cały dom, pojedzie na obóz - dziewczyna sprzątała, znów słowa nie dotrzymał. Ma o to ogromny żal - po co się starać, jak i tak nie wiadomo, po co? (skąd ja to znam?)
I mama - łagodząca wszelkie domowe kłótnie, miliony razy tłumacząca mężowi, że tak nie wolno, płacząca nocą z bezsilności, a jednak chcąca wszystko "skleić"...Znam ją, jest ciepłą, miłą osobą, kochaną bardzo przez swoje dzieci - żadne nigdy na nią nic złego nie powiedziało.

Znam tą rodzinę ponad 7 lat i zawsze tak samo, a teraz może jeszcze gorzej...Z zewnątrz - perfekcyjna; wewnątrz - jak tysiące innych, w tym gdzieś moja...

niedziela, 9 października 2011

po wieczorze w Cafe Bazylia

Byłam wczoraj wieczorem na kawie z koleżanką w Cafe Bazylia. - super miejsce, już je polubiłam. Ciepłe, ze specyficzną atmosferą knajpki, gdzie przychodzi się coś zjeść (zjadłam potrawę o nazwie Zawijaniec Śródziemnomorski - a była to jakby tortilla z warzywami i kawałkami kurczaka z pysznym sosem) i ewentualnie na kawkę. Polecam!

Koleżanka, młodsza kilka lat ode mnie, ale jest przykładem osoby, która przeszła ogromną metamorfozę w życiu. Z niepewnej siebie dziewczynki przeobraziła się w pewną siebie kobietę. Jest wysoka, szczupła...i tu dochodzimy do tego, o czym chcę pisać.

Gdy ostatnio się z nią spotkałam, pożyczyłam jej książkę Małachowa "Oczyszczanie organizmu" i dziewczyna wpadła po uszy. W miedzyczasie zrobiła sobie badanie, co jej organizm toleruje, a czego nie - zrezygnowała z mleka i jakichkolwiek jego przetworów, nie jest wogóle niczego, co jest ze zboża, właściwie odżywia się głównie owocami, warzywami, suszonymi owocami i kaszą jaglaną. Efekt - schudła 10 kg, buzia jak u lalki (a miała ogromne problemy z trądzikiem) i promieniała energią życiową. Dobrze mi to spotkanie zrobiło. I pomyśleć, że to dzięki mnie - tak powiedziała - bo ja pożyczyłam jej tę książkę!
Bo jakieś 3 lata temu byłam sama na tej diecie oczyszczającej przez 3 miesiące - schudłam wtedy z 6 kg, a jak się czułam! - do tej pory to pamiętam - rewelacyjnie! Ale brakło mi cierpliwości i wytrwałości, no i teraz jestem uzależniona od kawy.

Koleżanka ma też chłopaka - bardzo przystojny, pokazała mi zdjęcie. Dużo o nim opowiadała, ale było to wszystko bardzo rozsądne - nie widać w tym było takiego jakiegoś zauroczenia, a raczej...Sama nie wiem, jak to nazwać. Faktem jest, że chłopak musi się o nią starać bardzo, bo - jak sama powiedziała - ona tego samego chleba jeść nie będzie! Fajnie to zabrzmiało:) Życzę jej jak najlepiej, bo wie, czego chce i to osiągnie!

sobota, 8 października 2011

porównanie dwóch książek

Jak pisałam, kupiłam ostatnio książkę "Maciejka" Natalii Rogińskiej. Okazało się, że mam już jej jedną książkę - "Gruba", którą przeczytałam ponad rok temu. Z obiema mam coś wspólnego - jestem sama i jestem (byłam?) gruba.

Która wydaje mi się z nich bardziej autentyczna? Jak czytałam "Grubą", odnosiłam wrażenie, że autorka posługuje się obiegowymi opiniami zebranymi z prasy, telewizji, internetu na temat tego, co czują grubi. Jej odczucia były takie płytkie - ale czytając "Maciejkę", mam wrażenie, że bohaterka jest podobna pod pewnymi względami do mnie - jest sama, niezależna, ma pracę, którą lubi (oprócz wizyt i opieki nad starym, schorowanym człowiekiem - ale to robi dla pieniędzy), pochodzi ze wsi, ma prostego ojca, który ją na swój sposób kocha i się o nią martwi (jej rodzice bardzo podobni do moich). Jej mama robi przetwory, jakby bez nich świat nie istniał - moja nota bene ostatnio zrobiła pyszny dżem z dyni i pomarańczy. I  jeszcze ma jedną, no może dwie rzeczy wspólne, o których nie wspomnę na razie...

Ostatnio z koleżanką, która przeczytała w swoim życiu chyba wszystkie książki świata - przynajmniej mnie się tak wydaje - rozmawiałyśmy, czy autorzy rzeczywiście wszystko zmyślają. Natalia Rogińska ma 26 lat i skończyła medycynę, jest jeszcze młoda, czy może mieć takie doświadczenia ze samotnością? Przemyśleń raczej nie ma, bo jej główna bohaterka "żyje pełnią życia" - nie ma na nic czasu, ciągle zapracowana lub imprezująca - jak inna moja koleżanka singielka. Ja takim typem jednak nie jestem. To znaczy też uciekam w pracę, ale mam jej już czasami serdecznie dość - im jestem starsza, tym mam coraz bardziej dość harówki, bo i tak to działanie krótkotrwałe. Wracając do książki, "Maciejkę" polecam, bo lekka, łatwa i przyjemna - w sam raz do poczytania do poduszki, bo napisana z lekkością. Co do "Grubej", to grubi niech jej nie czytają, ale chudzi jak najbardziej:)

poniedziałek, 3 października 2011

denar i krzyż

Pozwolę sobie zacytować piękny wiersz - przedruk z Angory, autor Paweł Kamiński, Perth, Szkocja:

denar i krzyż

dostałem denara
za godzinę wiary
i krzyż na całe życie
z roku na rok
jest cięższy
Bóg
nie ujmuje ciężaru
On
umacnia plecy

Bez komentarza....

sobota, 1 października 2011

takie sobie sobotnie pisanie...

Jak mam mądre (według mnie) przemyślenia dotyczące jedzenia, to zwykle mam jakieś swoje doły, ale ostatnio coś mnie one omijają, chyba dlatego, że znowu wpadłam w wir pracy i za bardzo nie mam czasu, by myśleć, a co za tym idzie - użalać się nad sobą...

Chciałam podziękować wszystkim, którzy mnie czytają. A kilka dni temu przekroczyłam magiczną granicę 1500 wyświetleń - nigdy bym się nie spodziewała, że kiedyś osiągnę taki wynik zakładając tego bloga kilka miesięcy temu. Chciałabym tylko więcej komentarzy - a za te kilka, które są - serdecznie dziękuję!!!!

Byłam dzisiaj w Empik-u - odebrałam 4 książki, które zamierzam przeczytać (lubię czytać książki, a teraz czytam tylko polskich autorów i są to tak zwane "babskie książki" - czyli o życiu.

 Kupiłam:
1. "Pudełko ze szpilkami" Grażyny Plebanek - bo o kobiecie po 30-stce, która uciekła ze swojego miasteczka - ja ze swojej wsi jeszcze nie uciekłam i może nigdy nie ucieknę, ale od czasu do czasu ją opuszczam, chociażby dla Grecji czy ukochanej Anglii:)
2. "Maciejka" Natalii Rogińskiej - bo główna bohaterka ma 37 lat, chce związku, rodziny i nie może spotkać tego jedynego - jak ja:)

3. "Związek do remontu" Romualda Pawlaka - bo podobno "opowiedziana z perspektywy mężczyzny dowcipna i pełna zwrotów akcji historia o uczeniu się miłości oraz dorastaniu do rodzicielstwa, w czym pomoże... lokalna mafia" - znalazłam dobrą recenzję na jednym z książkowym blogów - przeczytam, to się okaże:)
4. "Zawstydzeni czyli skazani na... samotność" Antoniny Kostrzewy - może sobie jakoś pomogę? Poza tym czytam jej bloga, zobaczymy, jak pisze:) - tylko autorka już na początku pisze, że jest nieśmiała, a ja mam łatwość nawiązywania kontaktów z ludźmi i nieśmiała nie jestem, ale samotna tak...

Jedna z tych książek pójdzie do łazienki - uwielbiam czytać siedząc w wannie...Dlatego w mojej łazience oprócz książki jest też sterta gazet i ciągle zamierzam kupić radio - na razie korzystam z tego w pokoju.

Dzisiaj przyrządziłam też ciasto - nawet nie wiem, jak je nazwać - okrągłe biszkopty zalane marmoladą z jabłek z galaretką pomarańczową - jutro spróbuję - wiem, wiem, nie powinnam tego robić, ale marmolada na słodziku - i tak zjem jeden kawałek, jak zwykle. Bo przecież uwielbiam piec dla samego pieczenia - w szczególności lubię przeglądać blogi i szukać czegoś ciekawego i innego...


I wyszło, co lubię - czytać, piec i ...ostatnio nie umartwiać się nad sobą:) A w poniedziałek spotykam się z moją koleżanką - trenerką i już mnie żołądek ze strachu trochę ściska...Bo znowu zacznie mnie przerabiać, w dobrym tego słowa znaczeniu...

I tyle takiego sobie pisania - dziękuję tym, którzy mnie czytają....

niedziela, 25 września 2011

kto studiuje psychologię?

Sama bardzo kiedyś chciałam studiować psychologię, tzn. kilka lat temu, bo gdy zastanawiałam się nad wyborem moich studiów, nie wiedziałam wtedy jeszcze tyle o moim nałogu, co teraz. Wtedy po prostu za dużo jadłam, teraz wiem, że był to - i jest - nałóg.

Ale do rzeczy. Spotkałam dzisiaj moją byłą uczennicę - bardzo lubianą kiedyś, i jeszcze bardziej teraz. Ma ona teraz ponad 20 lat i studiuje psychologię. Pochodzi z rozbitego domu, ma super ojca, ale babcię, która wg mnie ją zadręcza (przenosi nienawiść z jej matki na nią). Mama odeszła od ojca i zostawiła ją, gdy była małą dziewczynką, więc wychowywała ją babcia z ojcem. Jest bardzo samotna, chociaż myślałam, że gdy wyprowadzi się z domu (mieszka na stancji), zmieni otoczenie, to i nowi ludzie się w jej życiu pojawią, Ludzie się pojawili, ale jej smutny wzrok został  - zawsze mam wrażenie, że zaraz będzie płakać. A może tylko w moim towarzystwie tak się zachowuje, bo o niej tak dużo wiem? Zapytałam ją, gdzie jest jej lepiej mieszkać - na stancji czy w domu? Odpowiedziała, że na stancji, ale gdy skończy studia, zamierza tu wrócić. Uzależnienie od poniżania? Taplanie się w znajomym bagnie?
bagno może być ciepłe i ładne, ale to zawsze bagno...

Myślę, że zdecydowała się na ten kierunek, by pomóc sobie. A przecież będzie przede wszystkim pomagać innym. Jak to jest z tymi, którzy studiują ten kierunek? Mam koleżankę psycholog, mówi, że sama raz do roku przechodzi terapię, by nie zwariować od ludzkich problemów. Ciężki zawód. Ale ile satysfakcji może też dostarczyć. I na pewno trzeba mieć silną psychikę. Więc ja się na pewno nie nadaję.
Oby moja była uczennica potrafiła sobie poradzić najpierw sama ze sobą, bo ma w sobie tyle dobroci, uległości i chęci pomagania, że kiedyś ma szansę pomóc na prawdę wielu osobom. 

wtorek, 20 września 2011

dlaczego grubi jedzą?

Dzisiaj poczytałam sobie troszkę mojej ksiązki  - biblii - "Nadwaga jest sprawą rodziny". (http://www.gwp.pl/281,.html) podrozdział - jedzenie jako kara - mówi, że grubi nie potrafią cieszyć się życiem, ponieważ uważają, ze zasłużyli na karę. Rozwinę temat - może ktoś skomentuje?

Matka - odpowiedzialna za nasze odżywianie - jednocześnie odpowiada za nasze uspołecznienie. Ona uczy nas, jak przystosować się do życia i jak przeżyć w społeczeństwie. Mama mówiła "nie", korygując nasze zachowanie i czuliśmy (czułam?), że czegoś mnie pozbawia - co podobno spowodowało konflikt między moimi pragnieniami a nakazami społecznymi. Kara i pożywienie (nagroda?) pochodziły od tej samej osoby, więc teraz nie umiem odróżnić, co było pożywieniem, a co karą. Pożywienie stało się zarówno karą, jak i pociechą. Myślę, że jedzenie przynosi ukojenie, podczas gdy ono stanowi karę.

Tyle książka - teraz ja. Coś w tym jest - nie umiem jeść bez poczucia winy. Wg mnie wcale nie powinnam jeść - czy wtedy wreszcie byłabym z siebie zadowolona? Czy wtedy polubiłabym siebie? Nie wiem - ale pewnie wpadłabym w anoreksję - więc jednak jem, jednak zawsze z jakimś tam poczuciem winy, chyba że jest to coś dietetycznego lub owoce i warzywa. Ale i tak mnie ciągnie do słodkiego - mojego narkotyku....

cdn rozważań nastąpi...